DEPRESJA…

Nie wiem nawet…jak właściwie zacząć pisać, bo temat jest tak kruchy, że boję się rozbicia go na drobny mak. Depresja – choroba, która zabiera radość życia i czyni Cię bezbronnym niczym dziecko. Przynajmniej tak opisały ją bliskie mi osoby, które chorują. Lęk, poczucie zagrożenia, brak wiary w sens życia, smutek, ataki paniki, nagłe agresje czy złość, zagubienie….w  milionowym tłumie.
Dlaczego w ogóle rozmawiamy dziś na ten właśnie temat? Bo w tym roku, jak nigdy dotąd, dostałam od Was kilkadziesiąt maili  o tej chorobie. Nie od jednej osoby, nie od kilku – ale kilkudziesięciu. Dokładnie z taką samą prośbą: Asiu, napisz o depresji, o tym jakimi czujemy sie kosmitami wśród „zdrowych”. Wzięłam sobie zdrowych w cudzysłów, bo tak naprawdę uważam, że każdy człowiek w mniejszym lub większym stoniu boryka się z jakimiś problemami natury psychologicznej. Tylko najczęściej sobie nie zdajemy z tego sprawy, albo bardzo późno zaczynamy sobie zdawać.
Wysłuchałam tylu Waszych ujmujących  historii związanych z walką z depresją  i skutkami jakie wniosła w życie Wasze i Waszych rodzin, że nawet choćby z szacunku za  odwagę i za to, że chcecie sie swoimi doświadczeniami podzielić z innymi ludzmi – piszę te słowa. Green Canoe, na co dzień mobilizujące do radości życia, wypływa dziś by opowiedzieć o samotności – samotności wśród setek tysięcy ludzi wokół.
Nie chciałabym wdawać się w szczegóły medyczne. Każdy z nas potrafi u wujka Google odnależć informacje. Poza tym, nie sądzę, że mam prawo wypowiadać się o aspektach choroby, która mnie nie dotknęła….ale czy naprawdę zawsze tak jest, że rzeczywiście ta choroba nas faktycznie nie dotyka? Bo jak odróżnić „doły”, kiepski nastrój, spadek formy – od pierwszych oznak depresji?
Zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym, czy Wasze bardzo złe samopoczucie to nie jest czasem start tej strasznej choroby? Moja znajoma opowiedziała mi niedawno, że tak naprawdę chorowała od wielu, wielu lat, tylko ciągle wmawiała sobie, że to po prostu przejściowy dołek – aj,  bo to na pewno przesilenie wiosenne, a potem –  bo to na pewno przesilenie jesienne. I dopiero po bardzo długim okresie czasu, poszła do lekarza, a później na terapię – okazało się, że sporo spraw życiowych miała „zamiecionych pod dywan”.
Wsród wielu cech, charakteryzujacych depresję, te najczęściej wymieniane przez samych chorych to:
– nastrój osamotnienia, obojętności, smutku czy żalu,  poczucie zmęczenia, utraty energii
(„nic mi się nie chce, wstaję rano i nie wiem co ze sobą zrobić,coś zaczym robić i nie mogę tego skończyć, płaczę z byle powodu”, czuję się bezsilna”)
– izolowanie się od znajomych, brak kontaktów  z ludźmi, niechęć do kontaktowania się z drugim człowiekiem – nawet z przyjaciółmi czy rodziną
– brak zainteresowania codziennością, dziećmi, dotychczasowymi sprawami ale i ważnymi obowiązkami
– ciagłe uczucie niezadowolenia, płaczliwość, ataki agresji niekontrolowane, frustracja.
– tzw. objawy z ciała: czyli zaburzenia apetytu, spadek libido, spadki lub wzrosty wagi, bóle głowy
– zaburzenia snu, zaburzenia funkcjonowania na codzień
– niewytłamaczalne poczucie winy,  przypominanie sobie starych błędów, wypominanie sobie złych dawnych decyzji, niskie poczucie własnej wartości, myślenie o swoim życiu jako o bezwartościowym, brak nadziei, myśli samobójcze, ciągłe lub częste stany lękowe.
Chciałabym dziś otworzyć dyskusję… Codziennie, na czółno wchodzi kilka tysięcy osób – być może komuś swoimi wypowiedziami pomożemy? Być może po przeczytaniu tego posta i Waszych komentarzy – ktoś zdecyduje się jednak sięgnąć po pomoc. Bo o ile w dużych miastach pójście do psychiatry i przyznanie, że potrzebujemy pomocy nie skazuje nas na banicję społeczną, o tyle w małych mieścinach czy na wsiach – często już tak. „Psychol”, „nienormalna”,  „a z tą to lepiej się nie zadawać”, „z nim jest coś nie tego..” Założę sie, że kiedyś takie wypowiedzi każdy z nas słyszał…A słowo DEPRESJA potrafi w ustach ludzkich urastać do rangi dżumy co najmniej. Jako że z tą chorobą boryka sie ogrom naszego społeczeństwa, już od wielu lat część organizacji, media, środowisko medyczne robi sporo akcji uświadamiających. Znane z branży rozrywkowej osoby publicznie opowiadają o swojej walce z depresją czy nerwicą, powstało też na ten temat sporo publikacji. A jednak ciągle ma sie wrażenie – że to wszystko za mało. Potężny procent depresji jest nadal niezdiagnozowany, głównie z tego powodu, że ludzie się po prostu wstydzą. Lub obawiają się, że gdy otwarcie powiedzą o chorobie, spotka ich ze strony otoczenia  – odrzucenie.
Mam prośbę do osób, które walczą lub walczyli i udało im się depresję pokonać albo właśnie jej „dokopują” :) – by opowiedzieli swoją historię i dali pomocną wirtualną dłoń tym, którzy sie boją. Mam prośbę do osób, które w rodzinie mają najbliższych walczących z depresją – by opowiedzieli co taka walka znaczy też dla nich. Jeżeli chcecie sie podzielić swoimi doświadczeniami, a wolelibyście z jakichś względów pozostać anonimowi – komentujcie  w funkcji: ANONIM.
Mamy za oknem piękne sobotnie październikowe słońce, myślę, że to świetne okoliczności by porozmawiac o depresji – bo wierzę w to bardzo, że z tą chorobą można wygrać i że zawsze jest nadzieja na wykluczenie jej z naszego życia. Jesienią odzywa się najczęściej i najczęściej atakuje – zapewne z tego powodu dostałam tak dużo listów…
pozdrawiam dziś bardzo..wyciszona…
Wasza Czółnowa.

Podziel się...Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterEmail this to someone

Dziękuję za Twój komentarz.

126 komentarzy

  • comment-avatar
    anonim 20 czerwca 2016 (15:13)

    Ja walczę z nerwicą depresyjną już pół roku … są dni gorsze i lepsze ale frustracja narasta no i ta bezsilność są najgorsze…

  • comment-avatar
    Anonimowy 31 stycznia 2013 (21:51)

    Hej .Nie wiem jak zacząć ale chyba najlepiej od początku ,przypadkiem jestem na tej stronie gdyż szukam wszelkich wyjaśnień i objaśnień dotyczących depresji którą przechodzi mój brat nie miałam pojęcia jak ta choroba wogóle wygląda jedynie ze słyszenia ale to raczej ogólnikowo bardziej czytałam te fora i oisy z zapartym tchem i nie dowierzaniem .Zaczęłam szukać informacji co robić mając osobę dotkniętą tą chorobą my jako najblizsi jak rozmawiać co mówić bo to też jest ważne .Brat choruje juz ponad rok jeżdzi do psychiatry chociaż dla mnie to się wydawło zbędne ale po przeczytani tych Państwa postów już wiem jak to jest ważne dla niego,myślałam tak dla tego bo nie znałam tej choroby myślałam że mu to leczenie już dawno powinno pomóc zupełnie teraz wiem że to nie takie proste bo trudno jest osobie chorej po szkole średniej skończonej z ledwością bo już depresja zaczęła się objawiąc jakiś cel na teraz gdyż brata nic nie interesuje koledzy ,rodzina poprostu wstaje z łóżka jak musi zjeść i załatwić potrzeby fiziologiczne a ja czuje się winna że tak to lekceważyłam że to nic takiego jak mu teraz pomóc na razie leki nic nie dają a jak juz pomogą to na krótko co robić pomóżcie podpowiedzcie poparci własnymi doświadczeniami.Dziękuje

  • comment-avatar
    Anonimowy 10 listopada 2012 (23:36)

    Witam!

    Zaskoczylas mnie ogromnie swoim podejsciem do tematu, zwlaszcza, ze nigdy nie zetknelas sie z depresja bezposrednio.
    Choruje od 21 roku zycia, aktualnie mam 37 lat. To takie diabelstwo, ktore w roznych momentach zycia wraca, by swoimi szponami zniszczyc to co udalo sie dotychczas odbudowac po ostatnim nawrocie…
    Doprowadzila mnie pewnego razu do powaznej proby samobojczej…
    Prowadze szczesliwe zycie, mam rodzine, meza, syna, jednak nie pracuje zawodowo, bo zawsze jak pracowalam dopadala mnie i zregoly najadalam sie wstydu:(
    Niestety ludzie nie rozumieja problemu… Uwazaja ze to choroba osob, ktore moga sobie na to pozwolic, maja czas, czesto slyszalam, ze jestem leniwa, nie potrafie wziac sie w garsc i tego typu banaly…
    Niestety to depresja trzyma w garsci…i nigdy nie wiem kiedy mnie znow najdzie, zakradnie sie niepostrzezenie i na rok odbierze normalne funkcjonowanie…
    Caly czas wspieram sie farmakologicznie i szukam zajecia, ktore nie pozwala za duzo rozmyslac…
    Zajmuje sie digi scrapbookingiem, troszeczke hand madem, wszystko niestety z dosc dlugimi przerwami na hospitalizacje i dochodzenie do siebie…
    Zatem depresja istnieje, psuje nasze zycie, jednak z doswiadczenia juz wiem, ze da sie z nia jakos zyc, nieco jak z taka niekochana siostra, nie lubimy sie, a jednak to najblizsza rodzina…
    Warto otaczac sie swiatlem, pozytywnymi ludzmi i takimiz dzialaniami, pozwolic sobie na chwile slabosci, by za moment dalej isc do przodu…
    Szkoda tylko, ze akceptacja czy tez swiadomosc spoleczenstwa jest nadal znikoma, dlatego pisalam jako Anomimowy uzytkownik…
    Dziekuje Ci za tego posta, daje nadzieje na lepsze jutro, na wieksze zrozumienie… Pierwszy raz w zyciu odwazylam sie publicznie o sobie tak napisac, to Twoja zasluga…
    Dziekuje:)

  • comment-avatar
    Egretta 29 października 2012 (21:19)

    Depresja to choroba, z którą zmagam się już od kilku lat. Niestety nie ja jedna w rodzinie. Cóż… nie ma jednej recepty. Leki to zagłuszacze, terapia, wsparcie rodziny, pomaga ale nie likwiduje problemu. Czasem bywają nieco lepsze chwile, jednak ona wciąż wraca. Jest uparta i zdecydowana. Chce zabić i niestety często się jej udaje.
    Póki co wygrywam kolejne bitwy, jednak nie potrafię przewidzieć wyniku wojny. Mam coraz mniej sił ale wciąż daje radę więc powalczę jeszcze troszkę.
    Natalijko, depresja poporodowa nie jest ani odrobinę mniej groźna niż ta (jak to nazwałaś) "zwykła". Odebrała mi dwie bliskie koleżanki. Dobrze więc, że przy następnych porodach reagowałaś zawczasu. Gratuluję!
    Ja też staram się reagować na najdrobniejsze symptomy pogorszenia, które zauważam sama lub moi bliscy. To bardzo ważne, bo depresja to śmiertelna choroba.

  • comment-avatar
    Natalijka 25 października 2012 (17:57)

    A ja chciałam napisać o pewnej odmianie depresji która również wiele z nas dotyka a często jest jeszcze bardziej lekceważona przez opinię publiczną- depresji poporodowej. Dotknęła mnie ona po narodzinach pierwszej córeczki. Jest ona podwójnie straszna gdyż dotyka także relacji z nowonarodzonym dzieckiem, poza tym borykałam się z totalnym niezrozumieniem otoczenia. najpierw- że to baby blues, hormony, popłaczesz i ci przejdzie. potem- urodziłaś zdrową córeczkę, POWINNAŚ być szczęśliwa, uśmiechnięta. potem- co z ciebie za matka, dziecko płacze, ty płaczesz, weź się w garść. płakałam od rana do wieczora, denerwował mnie płacz dziecka, nie radziłam sobie z niczym, nie chciałam wstawać,jeść, wychodzić. po półtora miesiąca mamie udało się mnie wysłać do psychiatry. przeszłam leczenie farmakologiczne, przez dwa tygodnie mną i córeczką opiekowała się mama.
    a teraz mam trójkę dzieci i jako optymistyczny wątek powiem- przy dwójce młodszych depresja nie pojawiła się. owszem, miałam pewne symptomy, ale już wiedziałam jak z tym zawalczyć- zadbać o siebie, sprawić sobie przyjemność, zmusić się (albo poprosić o to bliskich) bym wyszła na spacer, zjadła porządny posiłek, poćwiczyła fizycznie.
    Wiem że chodziło bardziej o tę "zwykłą" depresję, ale chciałam się z wami podzielić moim doświadczeniem, może komuś się przyda.
    Pozdrawiam serdecznie wierna czółnowa fanka!

  • comment-avatar
    Maryś 25 października 2012 (17:01)

    Joasiu… Piekny wpis, nie miałam nawet odwagi czytać komentarzy, bo sama wyszłam z depresji bez farmakologii. Z pomocą miłości i przyjaciół. Kiedy moja przyjaciółka kiedyś zauważyła, że przestałam płakać, zaczęła mi się bardziej uważnie przyglądać i kiedyś nazwała to wprost. Nazwała to słowami i była przy mnie, Nawet jak nie chciałam otwierać drzwi i chowałam się w ciszę samotności…
    A jesień temu sprzyja… Choc mam wrażenie, że największym wrogiem depresji i jej pokarmem jest osamotnienie, jest brak akceptacji i prawdziwej bliskości tych, których potrzebujemy NAJBARDZIEJ…

  • comment-avatar
    Anonimowy 25 października 2012 (08:37)

    Mam za sobą kilkanaście lat zmagania się z depresją.
    Za sobą wiele książek o niej, jak powstaje, jak z nią żyć, leków na kopy, lekarzy, i nic nie pomagało.Prozac i tym podobne tylko maskują objawy choroby, po ich odstawieniu wszystko wraca, a nerki i wątroba wysiadają. Oczy otwarły mi się dopiero po przeczytaniu książek A.Ciesielskiej "Filozofia zdrowia" i "Filozofia życia" i innych dotyczących medycyny chińskiej.
    Kiepska kondycja, brak energii,jedzenie byle czego, plus jakieś trudne, czy tragiczne doświadczenia,to idealne warunki dla pojawienia się depresji.
    Mnie pomogło:zmiana sposobu odżywiania, leczenie homeopatyczne i
    uwolnienie się od balastu złych wspomnień, ofiary domu wariatów jaki stworzyli moi rodzice. To ostatnie było najtrudniejsze. Przepracowanie wszystkich smutnych doświadczeń, zrozumienie, wybaczenie i ostateczne zrzucenie z pleców wora z żalami, pretensjami i smutkiem, słowem uwolnienie się od niepotrzebnego, przyniosło mi ulgę i ukojenie.
    Pracuje nad sobą, staram niczego nie brać sobie do głowy,problemy rozwiązuję na bieżąco i staram niczego nie brać sobie do głowy, czytam ,ruszam się, gotuję codziennie, w końcu żyję!
    Pozdrawiam Lima

    • comment-avatar
      Aśko 25 października 2012 (17:36)

      mam to szczęście,że nie zmagam się z depresją, ale całym sercem podpisuję się pod powyższym komentarzem…
      i również gorąco polecam te książki:)
      ściskam,Asia

  • comment-avatar
    Anonimowy 25 października 2012 (06:04)

    Depresja.., tak wiele osób na nią cierpi. Ja też ja kiedys miałam i nawet nie wiedziałam, że to co wtedy przeżywałam to choroba. Pomogła mi wiara w Boga, to on całkowicie i skutecznie mnie wyleczył. Zaufanie jemu i przyznanie się samemu przed sobą, że sama sobie nie pomogę, pokora i miłość- to mi pomogło.
    Niełatwe czasy, jakie mamy sprzyjają tej chorobie.Pęd za pieniedzmi coraz wiekszy, żeby je zdobyc pracujemy więcej, to przyczynia się do braku czasu na inne rzeczy, dopada nas wtedy flustracja, zawalamy inne rzeczy. Myslę, że chcemy byc profesjonalistami we wszystkich dziedzinach, a tak się nie da, musimy przystopować. Wcale nie musimy miec wszystkiego i wszystko umieć. Nastepna przyczyna- to zazdrość- on/ona ma to i tamto, to potrafi, a ja nie… I jak się czujemy, co myslimy o sobie? Jestem do niczego, on /ona mnie nie chce, mamy zły obraz samego siebie, nie widzimy nadziei dla siebie… Myslę, że tak często jest, choc nie zawsze. Ewa

  • comment-avatar
    *Kredka* 24 października 2012 (21:37)

    bardzo ciężka choroba niestety przez wielu lekceważona i bagatelizowana, może dzięki takim wpisom ludziom dotkniętym tą chorobą uda się pokazać, że nie są z tym sami…

    P.S. zawitałam po raz pierwszy i zostanę na dłużej jeśli pozwolisz

  • comment-avatar
    me myself & I 24 października 2012 (20:19)

    skąd ja to znam ;< uczucie cholernej pustki.

  • comment-avatar
    kloe 24 października 2012 (17:49)

    Zmagam się z depresją od 5 lat. Moje sposoby na zdrowienie (tylko i wyłącznie moje):
    – leki, które nic nie dawały, tzn. uspakajały organizm i otumaniały umysł, nic więcej – zrezygnowałam z nich od 6 m – cy ich nie biore

    – terapia
    – rozmowy o uczuciach z najbliższymi
    – zmiana sposobu myślenia o sobie i otaczającym mnie świecie
    – sposób na siebie, odwrócenie uwagi od ciągłego myślenia, natłoku myśli
    – przeczytałam wszystkie książki autorów: Paulo Coelho, Ewa Waydyłło, Antony de Mello – bardzo mi pomogły
    – książka "Dziecko niczyje" M.Seed
    – książka Khaled Hosseini "Chłopiec z latawcem", "Tysiąc wspaniałych słońc"
    – dzieła Z.Beksińskiego oraz jego biografia
    – rozpoczęcie wymarzonych studiów
    – blog "Chustki"
    – modlitwa powtarzana jak mantra: "Boże użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym czego nie mogę zmienić, odwagi abym zmieniał to co mogę zmienić i mądrości, abym odróżnił jedno od drugiego"

    Może komuś, coś z moich sposobów zdrowienia pomoże.
    Życie z depresją jest potwornym cierpieniem duszy i ciała. Nie zrozumie nikt kto tego nie przeżył, więc rozmowa z kimś kto przechodzi to samo wiele daje, pewności, że są i inni tacy jak ja, a to już dużo, bo zaczynasz rozumieć, że po mimo ogromnej otchłani samotności, nie jesteś sam:)

  • comment-avatar
    kloe 24 października 2012 (17:48)

    Zmagam się z depresją od 5 lat. Moje sposoby na zdrowienie (tylko i wyłącznie moje):
    – leki, które nic nie dawały, tzn. uspakajały organizm i otumaniały umysł, nic więcej – zrezygnowałam z nich od 6 m – cy ich nie biore

    – terapia
    – rozmowy o uczuciach z najbliższymi
    – zmiana sposobu myślenia o sobie i otaczającym mnie świecie
    – sposób na siebie, odwrócenie uwagi od ciągłego myślenia, natłoku myśli
    – przeczytałam wszystkie książki autorów: Paulo Coelho, Ewa Waydyłło, Antony de Mello – bardzo mi pomogły
    – książka "Dziecko niczyje" M.Seed
    – książka Khaled Hosseini "Chłopiec z latawcem", "Tysiąc wspaniałych słońc"
    – dzieła Z.Beksińskiego oraz jego biografia
    – rozpoczęcie wymarzonych studiów
    – blog "Chustki"
    – modlitwa powtarzana jak mantra: "Boże użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym czego nie mogę zmienić, odwagi abym zmieniał to co mogę zmienić i mądrości, abym odróżnił jedno od drugiego"

    Może komuś, coś z moich sposobów zdrowienia pomoże.
    Życie z depresją jest potwornym cierpieniem duszy i ciała. Nie zrozumie nikt kto tego nie przeżył, więc rozmowa z kimś kto przechodzi to samo wiele daje, pewności, że są i inni tacy jak ja, a to już dużo, bo zaczynasz rozumieć, że po mimo ogromnej otchłani samotności, nie jesteś sam:)

  • comment-avatar
    Anonimowy 24 października 2012 (14:11)

    Witam ;) przeszłam 3 depresje były one wynikiem złego
    dzieciństwa a potem trzymanie to w sobie – niestety !!!
    Choroba zawsze ujawnia się w skutek silnego przeżycia
    np: poród ,śmierć bliskiej osoby , poza tym depresje to
    objaw choroby wyścigu szczurów każdy chce być lepszy od każdego !!!
    Poza tym przemęczenia bo za wiele ludzie mają na głowie
    dotyczy to też mężczyzn , którzy nam chcą zapewnić dobry byt
    a do porażki nie chcą się przyznać !!!
    Ale gdy się zachoruje to najważniejsza sprawa trafić do
    specjalisty z powołania , wsparcie najbliższych , miłość
    rodziny to właśnie mnie uratowało ;) Ktoś zapyta czemu aż przeszłam
    3 depresje oczywiście z winy lekarzy ale tu Was serdecznie zachęcę
    przeczytajcie książkę : Michael B. Schachter Deborah Mitchell
    " CZEGO NIE DOWIESZ SIĘ O DEPRESJI OD SWOJEGO LEKARZA "
    Wszystkim co z tego wyszli i tym co się z tym borykają życzę
    wiele zdrowia i powodzenia i nie powiem jak inni "weź się w garść " !!!

  • comment-avatar
    Anonimowy 24 października 2012 (10:08)

    W kazdym duzym miescie w Polsce i nie tylko sa odprawiane Msze Sw. z prosba o uzdrowienie. Polcam goraco. Tam Lekarz Lekarzy leczy z leku i depresji bardzo, bardzo skutecznie. W filmie "The Encounter" – "Spotkanie" Jesus mowi: "All you have to do is ask me". Zycze wszystkeigo Naj, Babs

  • comment-avatar
    Anonimowy 23 października 2012 (21:54)

    Czytam i płaczę i mam ciarki… Nikt tak naprawdę nie zrozumie tego, czego sam nie przeżył.
    W tej dyskusji chciałam tylko dodać, że jestem mamą… i czasem nie mam już siły, bo gdy ktoś bardzo bliski choruje na depresję, to choruje cała rodzina. Ja już się powoli wyczerpuję… Jestem zmęczona… Jestem przy mojej niepełnoletniej córce codziennie, jestem jej powierniczką, ale gdy Ona cierpi, ja również nie mogę się skupić na niczym, nie mogę w domu nic zrobić…
    Oczywiście chodzimy na terapię psychologiczną i do lekarza psychiatry, ale łatwo nie jest. Farmakoterapia to nie wszystko.Leki nie załatwią za nas wszystkich spraw, mogą jedynie wspomóc.
    Jest mi ciężko… Szkoda, że świadomość społeczna jest tak mała i że w ogóle mało się o tym mówi, jakby to była wstydliwa choroba.
    Przykre jest również to, że nauczyciele i pedagodzy nawet nie zauważają, że coś się niedobrego z dzieckiem dzieje…
    Mogłyby być w szkole takie zajęcia, uświadamiające dzieciom i młodzieży istnienie różnych chorób i zjawisk oraz uczące jak zachować się w danej sytuacji.
    Dziękuję za ten temat, Asiu :)

  • comment-avatar
    Edina 23 października 2012 (21:38)

    Napiszę tylko: Dobrze wiedzieć że inni dali radę; światełko w tunelu (tylko gdzie koniec?)
    Ale wiele osób nie ma pojęcia o TYM.
    Uśmiechu wszystkim życzę i miłości
    Trzymajmy się i się nie dawajmy

  • comment-avatar
    Anonimowy 23 października 2012 (20:03)

    Bardzo Was rozumiem. Wiem co to stany lękowe. Brałam leki, które ukoiły lęk i starałam się regularnie chodzić do psychologa. Myślę, że zostało do daleko w przeszłości,
    A kiedy czytałam Wasze wypowiedzi nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ogarnia mnie czułość, cierpliwość i miłość.
    Pozdrawiam ciepło Was i Panienkę z Zielonej Łódeczki!
    Anna

  • comment-avatar
    Anonimowy 23 października 2012 (19:16)

    Moja mama cierpi na depresję od dluższego czasu. Są wokół niej kochający ludzie, którzy chcą jej pomóc… ale co jeśli cierpiący nie chce przyjąc tej pomocy i nie przyjmuje do wiadomości ,że nie można być smutnym i przygnębionym bez przerwy, i że to nie jest normalne unikać cudnych wnuków i wszędzie widzieć tylko zgniliznę i śmierć… i nienawidzę siebie za to, że nie potrafię jej wyrwać z tego…(mimo wielkokrotnych i usilnych prób) zwłaszcza, że znam z autopsji piekło depresji i stan gdy razem z duszą boli Cię całe ciało i najgorsze co wtedy myślisz to, że zbawienne byłoby po prostu umrzeć… Wykaraskałam się z tego dla swojego dziecka… Dlaczego ona nie wyciaga ręki do nas zwłaszcza, że ją cały czas do niej wyciągamy… Temat przetrudny, ale niezmiernie ważny

  • comment-avatar
    Anonimowy 23 października 2012 (10:20)

    Ja ma chora mame,przez poczatkowe lata choroby jezdzac z mama po lekarzach ciagle tylko slyszalam"prosze sie wziac w garsc",mysle ze teraz sa o wiele lepsze terapie,ale niestety w wiekszych miastach,dopada to osoby bardzo wrazliwe,jezeli nie maja przy sobie bliskich to jest trudno,moja mama niestety wpadla w sidla lekow z ktorych nie mozna juz wyjsc,zostala zle pokierowana przez lekarzy,bardziej wierze w terapie miedzyludzkie niz leki przynajmniej na poczatku,zycze wszystkim,ktorym doskwiera depresja duzo sily,wytrwania i wiary w leprze jutro bo bez wiary nic sie nie uda,pozdr.kasia

  • comment-avatar
    Anonimowy 23 października 2012 (08:35)

    Przeszłam depresję po śmierci mamy. Wyszłam z tego po długiej kuracji lekami , ale …. stany lękowe pozostały.
    Wiara w Boga! – to bardzo pomaga… bo tylko w Nim możemy tak na Prawdę odnaleźć sens życia.

  • comment-avatar
    Dagmara 23 października 2012 (07:52)

    Gratuluję wszystkim,którzy napisali-weźcie się w garść,nauczcie się cieszyć życiem!!! Widać,że nie macie pojęcia o czym mówicie i najprawdopodobniej macie "skórę nosorożca".Fajnie macie-w tym świecie trudno być wrażliwcem :) W depresję wpadłam po śmierci Taty,wysiadło mi zdrowie,ból pleców czy głowy był momentami nie do zniesienia,brak snu wykańczał.Zrezygnowałam z pracy,podjęłam leczenie.Dziś po ponad dwóch latach jest lepiej.Ale nadal nie mogę powiedzieć,że świetnie.Nadal wolę unikać ludzi,proste codzienne sprawy bywają trudne do załatwienia. My naprawdę chcielibyśmy cieszyć się kwiatuszkami,słońcem, kolorami,życiem :) Ale tkwimy za taflą szkła,w więzieniu własnego umysłu.To nie jest "widzimisię",egzaltacja,lans na modną chorobę-to bywa prawdziwe piekło…dla nas i naszych rodzin.Trochę więcej zrozumienia dla innych :) Pozdrawiam wszystkich D.

  • comment-avatar
    Anonimowy 22 października 2012 (20:10)

    Nie myślałam, że jest nas aż tyle…Pisz Asiu nadal tak pozytywnie ,z radością o życiu – mnie to pomaga! Ją staram się radzić sobie bez leków,ale niestety nie zawsze jest to możliwe :-( Napady panicznego lęku , ból w klatce piersiowej – jakbym zaraz miała zejść na zawał … Zawroty głowy, biegunki… Brakuje mi bratniej duszy, kogoś z kim mogłabym porozmawiać,odreagować… Moi Rodzice chorują na raka, oboje … Muszę być silną,ale skąd brać te siły …?

  • comment-avatar
    Anonimowy 22 października 2012 (19:22)

    Dziewczyny polecam książkę Pani Stefanii Korżawskiej- "Od depresji do życia" pięknie i mądrze napisana :)
    Małgosia (gosia393@op.pl)

  • comment-avatar
    Dorota 22 października 2012 (17:35)

    Czytam, a właściwie zaczytuję się.Temat dla mnie bliski, ważny, potrzebny. Zgadzam się z wypowiedziami innych że systematyczne branie leków jest kluczowym działaniem w tych zaburzeniach. Ale ważne jest również aby znaleźć sposób na siebie ( pogłębianie zainteresowań, pasji, muzykoterapia, terapia zajęciowa, obcowanie z przyrodą , dobra książka,filmoterapia,czas konstruktywnie spędzany z myślą o sobie, itd…) Ja zawsze mówię sobie i innym : Carpe Diem! Gdy czujesz że zbliża się coś złego,oddaj się w ręce przyjemności, radości. W życiu jest tysiące wspaniałych rzeczy, które czekają na Ciebie!I nawet w krytycznej chwili warto o tym pamiętać. Pozdrawiam wszystkich którym temat jest bliski i dziękuję za ten czas kiedy mogę się z Wami solidaryzować. A na koniec wszystkim dotkniętym problemem polecam książki Louise Hay- rewelacja!!!

  • comment-avatar
    Agnell 22 października 2012 (14:39)

    Temat niezmiernie ważny, aktualny i na pewno do ogarnięcia, chociaz niezmiernie trudny.
    Bardzo dziękuję za podjecie go i napisanie o nim w sposób tak bardzo wrażliwy.
    Pozwoliłam sobie zapiać go na swoim blogu w postaci banerka,jako sprawę ważną, aby mieć go zawsze pod tzw, "ręką", aby moc przeczytać, pomyśleć w każdej chwili.
    Dziękuję… to dla mnie ulga.
    http://gusinkowegwiazdki.blogspot.fr/

  • comment-avatar
    MonDu 22 października 2012 (13:02)

    Dziękuję za ten post. Dziękuję za możliwość przyjrzenia się dyskusji. Pozdrawiam
    Monika

  • comment-avatar
    Anonimowy 22 października 2012 (10:38)

    witajcie, otworzyłam stronę, zeby poczytać o małych radościach dnia codziennego – a tu wróciły do mnie okropne, bolesne wspomnienia….
    Byłam świadkiem depresji(?) z próbami samobójczymi mojej mamy. Byłam wówczas w drugiej ciąży oraz z trzylatkiem, więc mój tata wręcz zabronił mi opiekowania się moją mamą. A było to tak koszmarne przeżycie dla mnie, że po kilkunastu latach wciaż pamiętam jaki wówczas odczuwałam paniczny lęk i złość i bezsilność, kiedy obserwowałam jej zachowanie a przede wszystkim dziwne nic nierozumiejące, błędne oczy (ten wzrok pamiętam dokładnie i czasami łapię się na tym, że jeszcze wciaż zaglądam jej głęboko w oczy). Jeździłam z nią po lekarzach – nikt mi nie powiedział, że to może być depresja. Aż pewnego poranka dowiedziałam się, że karetka zawiązła ją do psychiatryka. Dostałam szału – no bo jak mogli zamknąć moją ukochaną mamę razem z wariatami, natychmiast pojechałam do szpitala i to co zobaczyłam przerosło moje wszelkie wyobrażenie o szpitalu psychiatrycznym. Nie pojachałam tam więcej, bo byłam w 7 miesiącu ciąży – szok, który przeżyłam bardzo źle na mnie wpłynął i lekarze zabronili mi odwiedzin. Po miesiącu moja mama wyszła ze szpitala. Nie wiem co to było i jak ją wyleczyli. Czy było to "chwilowe", jednorazowe załamanie? Nie wracam do tematu, bo moja mama wyszła z tego całkowicie. Jestem osobą wierzącą, więc zaczęłam dużo się za nią modlić i jestem przekonana, że Bóg nam wówczas pomógł i jest z nami cały czas. pozdrawiam serdecznie wszystkich!!!!

  • comment-avatar
    Ludka 22 października 2012 (08:26)

    Ech…. moja depresja jest świetnym tematem na FB do kpin i wyśmiewania przez moją córkę. Syn uwaza, ze jestem zerem, rodzina, że nie udacznik. A znajomi… cóż w zasadzie ich nie ma. Pomimo mieszkania w Wawie, wielu uważa depresję za objaw swego rodzaju obłędu. Nawet moja koleżanka, która "też się załapała" mówi o tym okresie " kiedy byłam nienormalna ". A ja kazdego dnia sama sobą ciagnę się do przodu.

  • comment-avatar
    Anonimowy 22 października 2012 (08:21)

    Czy z depresji naprawdę można wyjść? Czy można wygrać wojnę? Bitwę z pewnością tak ale wojnę? Mój mąż cierpi na depresję. Pierwsza walka trwała 2,5 roku. Po odstawieniu leków (okres detoksykacji był straszny dla niego, dla mnie i dzieci)wszystko było ok, przez 6 miesięcy. Pani psychiatra powiedziała, że i tak długo wytrzymał. Od pół roku znów jest na lekach. Nie wiem jak długo tym razem. Jestem żoną mężczyzny z depresją – to nie jest łatwa rola. Nie mogę sobie pozwolić na słabości ponieważ muszę być dla niego opoką, wsparciem, stać na warcie i w chwili krytycznej podać dłoń, otoczyć opieką barować się z codziennością, być tarczą. Czasem boję się tylko że zabraknie mi sił…

  • comment-avatar
    Avrea 22 października 2012 (08:14)

    Dziewczyny trzymajcie się !
    Asia i takie tematy sa potrzebne .
    Ja zawsze szukam pozytywów i myślę pozytywnie, bardo ułatwia to zycie ..jestem optymistka … mimo ,ze kazdy czasem ma gorszy dzień ;)
    ale mam w otoczeniu kolezanki , które choc nie stwierdzone ale maja depresje tzw. doły staram sie im wtedy pomóc podtrzymac na duchy i pokazac ta lepszą stronę swiata , mówią że to im pomaga…

  • comment-avatar
    Dorota 22 października 2012 (07:26)

    Podam Ci link do mojej historii.Tam dobitnie opisałam jak ja odczuwałam depresję.To piekło za życia.

    http://www.deon.pl/spolecznosc/artykuly-uzytkownikow/modlitwa-i-duchowosc/art,74,druga-strona-teczy.html

  • comment-avatar
    savannah 22 października 2012 (06:54)

    U nas to rodzinne – niestety ! Zreszta nie tylko to ale i Parkinson, ADHD, Schizophrenia. Depresje sa dlugie lata przed wybuchem choroby Parkinsona, jedynym jej objawem.
    Sama biore od lat leki, czuje sie dobrze, bardziej zrownowazona, wyciszona, cierpliwa.Nie patrze na wszystko przez odcienie szarosci, ciesze sie kazdym dniem. Na moje wielkie szczescie, mam wspanialego meza, ktory bardzo mi pomogl i pomaga, ktory jest wyrozumialy.
    Nie dajcie sie, mozna z tym zyc, trzeba z tym zyc. Sa lekarstwa, jest terapia (choc droga albo ciezko trafic na taka za darmo) Mimo wszystko idzcie miedzy ludzi, probujcie ciage na nowo, nie unikajcie towarzystwa, nie zamykajcie sie w domu…jest nas cala masa, nie myslcie ze to tylko WY – nie jestescie sami :) Pozdrawiam wszystkich cieplo :)

  • comment-avatar
    katdan 22 października 2012 (06:02)

    Ja wiem, że z tego da się wyjść. Z zawodu jestem farmaceutą. Na studiach oczywiście uczyłam się o schorzeniu, uczyłam się o lekach itd…Ale to była martwa wiedza dopóki nie spotkałam się z przypadkiem we własnym domu. Mój mąż miał bardzo silną depresję. W jego przypadku prócz obniżonego nastroju głównym problemem były objawy somatyczne – czyli odczuwanie depresji ciałem. Bywało, że przeleżał cały dzień bo po prostu bolały go plecy albo głowa. Potrafił wymiotować całą noc. Zdarzyło się też, że wprowadził się w stan tzw. łuku histerycznego – wygięte w łuk dłonie, stopy, twarz, tułów. Krzyczał z bólu. Myślałam, że umiera. Zadzwoniłam po pogotowie. Kiedy przyjechali w pierwszej sekundzie zdiagnozowali problem. Zawiozłam męża do psychiatry. Dostał leki przeciwdepresyjne. Dziś żyje i funkcjonuje normalnie a ja razem z nim. Nie bójcie się psychiatry. Mój mąż się bał bo co ludzie powiedzą, bo co powie matka i takie tam. No co mają powiedzieć?! Niech pilnują swojego nosa. Szkoda życia. Naprawdę. Pozdrawiam!

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (21:51)

    ciesze sie, ze tyle jednak tyle osob o tym mowi. Ciesze sie i nie ciesze. bo temat przykry. sama lecze depresje od wielu lat i raz bywa gorzej, raz lepiej. cierpie na posttraumatyczny rodzaj depresji i nie wiem, czy w tym problem, ze tak ciezko z niej wyjsc? zaczelo sie zalamaniem nerwowym w 2004 lub 2005 roku. nie pamietam juz, bo czas wtedy byl dosc relatywny. poczatek studiow za granica, problemy rodzinne… wszystko na raz… pewnego dnia nie bylam w stanie "normalnie" funkcjonowac. nie potrafilam wyjsc z domu, nie potrafilam odslonic nawet zaluzji, bo balam sie patrzec na tych ludzi za oknem, ktorzy sie usmiechali i zyli "normalnie"… przez wiele miesiecy miewalam ataki paniki. pojscie na uniwerek, to bylo wyzwanie, mimo to nie rzucilam studiow. malo tego, rowniez pracowalam w tym czasie. przestalam jednak spotykac sie ze znajomymi, bo wyjscie do restauracji, czy do pubu bylo czyms nie do przeskoczenia. dzieki lekom przestalam sie bac… dzieki terapii nauczylam sie zyc. i mimo, ze w duzym stopniu poradzilam sobie z problemami i ostatnie dwa lata swietnie mi szlo… kilka dni temu dotarlo do mnie, ze znow mnie dopadlo… nawet nie wiem kiedy, bo uklada mi sie swietnie… ale co z tego, skoro nie mam ochoty na nic… ani pracowac, ani fotografowac, ani "ogladac" ludzi… najchetniej nie wstawalabym z lozka… muzyki rowniez nie moge sluchac, bo chce mi sie plakac… kazda piosenka bowiem jest przesmutna… usmiecham sie na sile i stwarzam pozory, ze jest super… nie wiem ile czasu uda mi sie tak usmiechac na sile, wiem jednak, zejesli ten stan sie nie zmieni, to bede musiala wrocic do leczenia farmakologicznego… wszystkim borykajacym sie z ta wstretna choroba, a takze ich bliskim, zycze wytrwalosci i jak najwiecej slonecznych dni. M.

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (21:36)

    Depresja-temat rzeka.Wiele osob wypowiedzialo sie juz na ten temat,opisujac swoje stany,rowniez lekarz.Wiem,ze depresja jest choroba,ktora leczy sie farmakologicznie i tylko tak,bo inaczej nie mozna sobie z nia poradzic.Czasami sa takie przypadki,ze nawet lekarstwa nie pomagaja wystarczajaco.Chcialam dodac z swojej strony,ze terapia potrzebna jest nie tylko chorym na depresje,ale wlasciwie wiekszosc z nas mogloby jej potrzebowac.Wszystkie nasze stany lekowe,smutki,nieumiejetnosc komunikacji z ludzmi z czegos sie wziela.To,ze czesto nie jestesmy zadowoleni ze swojego zycia bierze sie z dziecinstwa.Od tego ,jakie pietno odcisnelo na nas dziecinstwo zalezy nasze dorosle zycie.Mam za soba terapie i jestem bardzo wdzieczna losowi,ze sie na nia zdecydowalam,bo teraz zyje mi sie o wiele lepiej,chociaz jeszcze duzo musze "przerobic",bo to jest ogromny wysilek zmienic sie i nie zawsze sie to udaje,ale warto.Wierze we wszystkich,ktorzy borykaja sie z depresja czy innymi stanami,ze zwycieza.Bo zycie jest mimo wszystko piekne :)nawet jesli czasami wiary brak…a zwlaszcza w drugiego czlowieka.

  • comment-avatar
    Anka 21 października 2012 (21:11)

    Asiu jestes bardzo madra dzewczyna.Temat jaki poruszylas jest tak wazny.Swietne ze mozemy na blogu podzielic sie nie tylko naszymi talentami czy zainteresowaniami ale takimi wlasnie zyciowymi tematami ktore sa bardzo wazne i smutne.
    Osobiscie nie mialam do czynienia z ta choroba . Ale jezeli moge wsadzic moje "3 grosze" to powiem ze trzeba biec szybko do psychologa.Tabletki pomagaja tymczasowo ale nie lecza do glebi i nie pomoga zrozumic dlaczego i skad wziela sie ta choroba.
    Nie rozumiem dlaczego jeszcze istnieja tacy ludzie ktorzy wstydza sie isc do psychologa.Ja uwazam ze Ci ktorzy decyduja sie sa odwrotnie bardzo inteligentni i madrzy ludzie.Czasami w zyciu postepujemy tak lub inaczej i nie wiemy nawet ze te postepowanie jest dyktowane przez nasza podswiadomosc.Takie rzeczy tylko psycholog moze nam wyjasnic.Ja chodzilam przez 3 lata nie dlatego ze mialam depreje ale zauwazylam ze niektore sytuacje powtarzaja sie w moim zyciu i nie rozumialam dlaczego.Psycholog pomogl mi zrozumiec jak bardzo nasze zycie jest kierowane tym co wydarzylo sie w zyciu naszych przodow.(Ja osobiscie przezyciami mojego ojca ktory przeszedl przez okrutne przezycia wojenne).Polska przeszla przez straszne czasy wojenne.Nasi rodzice , dziadkowie przeszli przez ten straszny okres i to byly niesamowite przezycia.To jest normalne ze z pokolenia na pokolenie jakies slady zostaly.Osobiscie uwazam ze to jest bardzo wazne zeby znac historie naszj rodziny zeby lepiej zrozumiec swoje zycie ! A co jest wazniejsze niz nasze wlasne zycie ?
    Wszystkim dziewczynom zycze bardzo , bardzo mocno wytaraskania sie z tego paskudstwa jakim jest depresja!
    A Tobie Asiu mowie Brawo za te wszystkie madre slowa.

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (21:06)

    I tak kroczek po kroczku starałam się wykręcać sobie z głowy to wszystko co miałam niewłaściwie powkręcane. A nie jest łatwo powykręcać jeśli śrubki już zardzewiałe, bo siedzą w tym samym miejscu od 30 lat!
    Oprócz terapii grupowej, leków, wsparcia psychologa i psychiatry bardzo dużo dało mi słuchanie w radiowej "Trójce" "Dobronocki" http://www.polskieradio.pl/9/Audycja/7407 prowadzonej przez Grażynę Dobroń. Dzięki jej dociekliwości zrozumiałam wiele procesów, które mną sterowały i które, poprzez zrozumienie ich, mogłam w sobie "rozbroić".
    Polecam również miejsce, gdzie głębiej można zapoznać się czym jest i jak pracować z DDA:
    http://www.dda.pl/index.php?option=com_frontpage&Itemid=1
    Co jeszcze mogę powiedzieć osobom, które przeżywają ten okropny czas? Depresja i nerwica to choroby z których można wyleźć! Jestem tego żywym przykładem:-) Oczywiście nie jest tak, że wszystko już za mną! Jeszcze to i owo kuleje i czasem coś wróci…ale ważne, żeby wiedzieć jak sobie z tym radzić!
    Co jeszcze? Trzeba spróbować polubić siebie:-) Oklepany tekst, ale trzeba to zrobić na poziomie emocji, a nie rozumu. Dostrzec, że ma się np. ładne oczy, piękne nogi, odkryć swoje mocne strony np. w pracy czy znaleźć hobby, które daje przyjemność i fajnie wychodzi:-)
    Polubić siebie to także zaakceptować to, że WSZYSTKIE emocje które się w nas pojawiają (albo można powiedzieć- przepływają przez nas) są właściwe i dobre. I te pozytywne jak np. : radość, satysfakcja czy entuzjazm jak i te negatywne jak wściekłość, złość, zniecierpliwienie itp. Z tym, że o ile pozytywne "rozpuszczają się" niejako w naszym ciele, o tyle z negatywnymi nie jest już tak łatwo! Jeśli dopuścimy, żeby negatywne emocje pozostały w nas nierozładowane to mamy nerwicę jak w banku! Chodzi generalnie o to, że negatywna emocja jest sygnałem dla naszego ciała, co nam nie służy. Więc albo unikamy sytuacji, w których pojawiają się określone negatywne emocje, albo rozładowujemy je na bieżąco w konstruktywny sposób np. poprzez rozmowę (przeklinanie i wrzeszczenie nie jest dobrym wyjściem, chociaż jest rozładowaniem!)albo rozładowujemy poprzez ruch to, co nam się nagromadziło w środku (bieganie, basen).
    Temat rzeka…
    Rozpisałam się, ale może komuś pomoże:-)
    Nie poddawajcie się! Walczcie o siebie! Życie jest zbyt piękne, żeby je przeżyć byle jak!!!
    Justyna

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (21:06)

    Dziękuję Asiu, że ruszyłaś temat:-)
    Przeszłam nerwicę lękową i depresję…
    U mnie depresja była wynikiem potężnej nerwicy i tego, że nie
    widziałam efektów jej leczenia…Miałam objawy fizyczne w ciele: drętwiała mi twarz, język, miałam zablokowaną szyjną część kręgosłupa, gulę w gardle i takie straszne napięcie w środku, że gdyby mnie podłączono do prądu to chyba zaczęłabym święcić…
    A wszystko dlatego, że wzrastałam w domu, gdzie panował ojciec-alkoholik, gdzie przeżywałam ciągły stres, gdzie nigdy nie byłam sobą, ale kimś, kim musiałam być, żeby (tak mi się wtedy wydawało) moja rodzina mogła funkcjonować.
    Wiem dokładnie co czują osoby w depresji, kiedy nie widzisz żadnego sensu, celu, nic…..tylko lęk, irracjonalny, straszny…Chciałam wtedy zdechnąć….
    Widziałam mojego męża, który nie wiedział już biedny co ma zrobić, żeby mi pomóc, ulżyć…Ale cały czas BYŁ przy mnie i to było dla mnie ogromne wsparcie. Pamiętam jeden wieczór, kiedy wyciągnęli mnie z 4-letnim synkiem z łóżka, w którym cały czas leżałam i płakałam i przygotowali teatr cieni do bajki "O rybaku i złotej rybce". Sami zrobili kukiełki na
    patyczkach:-) Wszystko po to, żebym się choć przez chwilę uśmiechnęła…:-)
    Dzięki Bogu trafiłam na dobrą terapię i dobrego terapeutę i psychiatrę. Dowiedziałam się że jestem Dorosłym Dzieckiem Alkoholika (DDA) i że w swojej rodzinie pełniłam rolę dziecka- bohatera (a jakże! Same 6 w szkole, przewodnicząca klasy, szkoły, idealna córka, która nigdy nic nie odpowie, zawsze zwarta, gotowa, zawsze…). Zaczęłam przyjmować leki. Mój Boże, gdyby nie one – nigdy nie wiedziałabym, że człowiek może być tak szczęśliwy i … lekki!:-)Mój mądry lekarz powiedział mi jednak wtedy, że leki będą tylko przez jakiś czas, że pomogą mi w przechodzeniu tego trudnego okresu, ale nie zastąpią mojej pracy nad sobą. Moim zadaniem będzie zmienić sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości. Same leki nigdy nie usuną depresji i nerwicy z Twojej głowy!-powiedział.

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (21:04)

    Żaden lek nie pomoże na depresję,jeśli nadal nie będzie "widoków" na lepszą przyszłość.Bezrobocie,brak alternatywy dla młodych ludzi kończących studia,widmo pracy do późnej starości(67 lat),a także wybieranie między emigracją,a wegetacją to wszystko sprzyja tej chorobie!!!Taki los nam zgotowano w tym ponoć demokratycznym państwie,gdzie niejedna rodzina zastanawia się,czy w przyszłym miesiącu będzie jeszcze w stanie zapłacić za czynsz lub prąd,kupić leki,czy zapłacić za wizytę u lekarza,bo za darmo to nawet ksiądz się nie modli!Z poważaniem-Matka trojga dzieci(już dorosłych),która uwierzyła w latach 8o-tych w bajki o nadchodzących lepszych czasach.

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (21:01)

    Jeszcze dodam że uważam że pójście do lekarza jest najważniejsze. Bliscy podejrzewając jakąkolwiek chorobę psychiczną powinni za wszelką cenę doprowadzić chorego do lekarza. To bardzo ważne, bardzo.

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (20:55)

    Ja też kiedyś zaliczyłam wizytę u psychiatry, bo miałam ciągle jakieś dolegliwości fizyczne. Psychiatra stwierdził depresje, dał leki i zlecił psychoterapie. Niestety leczyłam się tylko miesiąc bo psycholog prowadzący terapie był beznadziejny, leki się skończyły a ja zaszłam w ciąże. Teraz się nie leczę, ale chyba nadal mam depresję bo m.in. jak przeglądam blogi takich zdolnych osób jak ty Asiu, to wpadam w dół bo ja jestem taka beznadziejna. Zero jakichkolwiek zdolności, a podobno każdy jakiś talent ma.
    Poza tym od roku mój mąż choruje na schizofrenię! (temat też wart omówienia) więc muszę być silna, a dwie chore psychicznie osoby w rodzinie to już za wiele.
    Zapytałam nawet psychiatrę męża, co lepsze schizofrenia czy depresja. Oczywiście nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi, ale w depresji kluczowa jest właściwa psychoterapia i to całej rodziny, a trudno trafić dobrego psychologa, zaangażować rodzinę i jeszcze właściwie dobrać leki. Moje znajomej, która zaczęła chorować na depresję pod koniec liceum, 7 lat zajęło odpowiednie dobranie leków, znalezienie właściwego lekarza, a rodzina musiała z nią także uczestniczyć w psychoterapii. Wiem że w pewnym okresie średnio co trzy dni w roku rodzice odwozili ją do szpitala, np. w pozycji leżącej, albo siedzącej bo nie była w stanie się ruszyć. Ale najważniejsze jest że zaczęła funkcjonować społecznie.
    Ale ogólnie co mogę powiedzieć o chorobach psychicznych, to naprawdę poważna sprawa. Zwłaszcza że całkowite wyzdrowienie jest niemożliwe.
    Ja obserwując w ciągu tego roku mojego męża, wcześniej wspaniałego, czułego męża i ojca jestem rozczarowana życiem i chyba bogiem.

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (20:53)

    trudny temat, dziękuję

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (19:43)

    Mój sposób, aby nie dopuścić do złego samopoczucia, które często przeradza się w stany depresyjne (czyli poczucia beznadziei życia w każdym jego aspekcie) to permanentne wynajdowanie wokół siebie i we wszystkim czegoś pięknego i zachwyt nad tym. Zazwyczaj są to maleńkie rzeczy, z którymi obcujemy na co dzień: ciepły październikowy wietrzyk, złote liście, uśmiech kochanej osoby, smak jabłka…blog Green Canoe:) Zdaję sobie sprawę, że w przypadku depresji porada specjalisty i leki są niezastąpione, powyższy 'sposób', albo nawet 'sposób na życie' polecam, jako środek na to, aby piękne dni trwały dłużej. Jak najdłużej. Tego tez Wam życzę. Powodzenia!

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (16:25)

    Depresja bierze się z samotności i osamotnienia. I tej samotności prawdziwej i tej, w której choć w tłumie to człowiek jest "inny", "gorszy". Spędziłam sześć lat w niemal całkowitej emocjonalnej izolacji. Odeszłam z domu pełnego przemocy i zostałam sama z uwieszonym przy spódnicy małym dzieckiem. Dzieckiem chorym. Zdawkowe wizyty, słowa pociech czy nawet uznania (no bo wyszłam z niczym…) sprawiały tylko, że uśmiechałam się i nic więcej. bo nie czułam dumy, tylko wszechogarniający strach. Strach o jutro, o pracę, o zapłatę horrendalnie wysokiego czynszu za wynajmowane 16 m kw czegoś, co nazywano mieszkaniem. A byłam jak Ty, Asiu, mieszkanko było wymuskane, upiększane, wszędzie świeczki, wianeczki…wielkie marzenia o warzywniaku i kwietnych rabatach, których nie dane mi było nigdy zrealizować…wszystko co robiłam było "do d…" i nikomu niepotrzebne. Moje wianki to "zielsko" walające się po domu". I aby uprzedzić hasło "Widziały gały…" dodam, że owszem widziały i przez trzy lata to było słodkie chłopaczysko….A później ktoś dodał łyżkę dziegciu do tego miodu. Tak więc zostałam sama z całym życiowym bałaganem… Depresję załapałam i nawet nie wiem kiedy. Miałam samobójczą próbę, ale odratowałam się sama…nawet nie pytaj jak. Miałam całe dnie w łóżku, dziecko patrzyło na to, bo nie miałam nawet sił zaprowadzić go do przedszkola. Płakałam, czasem wyłam i krzyczałam. Nie miałam sił zebrać się do kupy. Zobaczyłam się kiedyś w dużym lustrze – taką zaniedbaną, opuchnięta od płaczu, potargana… i brudną (wiem, wstyd to pisać, ale tak było. Nigdy wcześniej nie podejrzewałabym siebie o taki DÓŁ). Ten widok wywołał najpierw współczucie, a potem narastającą złość. Nakrzyczałam sama na swoje odbicie, mówiłam: patrz na siebie, jak wyglądasz, dokąd idziesz, CO TY ROBISZ??? I to był przełom, taki policzek a właściwie cios w twarz jaki sama sobie zadałam. Uprzątnęłam dom calutki, zrobiłam porządek w ciuchach, z samą sobą (poszłam do fryzjera, pamiętam że ścięłam włosy),i założyłam Internet. Moje osamotnienie znikało, bo zaczynała rozmawiać z ludźmi. Zmieniłam mieszkanie, urządziłam je od nowa, po swojemu (wianeczki, kwiateczki…)Zrobiła sobie rozpiskę dnia, o 21 dziecko zasypiało, a ja zapalałam świeczkę, robiłam sobie kawę i zaczynałam serfować po sieci… Znalazłam się m.in. na portalu randkowym. Poznałam paru samotnych ojców, paru kawalerów, paru rozwodników – wszyscy szukaliśmy bratniej duszy, wszyscy byliśmy w jakiś sposób pokaleczeni. Nie obyło się bez przykrych i kłamliwych zdarzeń, bo Internet bywa równie okrutny jak życie na żywo. Zostałam odnaleziona przez wspaniałego człowieka. Jesteśmy szczęśliwi już ładnych parę lat. Poznaliśmy się w sieci. I jest ok. Co mi zostało po depresji? Zaciskanie ust. Jak mam problem – moje usta zmieniają się w wąski pasek. Nie umiem nad tym zapanować. Na kim się zawiodłam? Na systemie. Zachęca do zmiany życia (i słusznie), do zrywania z przemocą i fizyczną i psychiczną (jak najbardziej słusznie), a potem gratuluje i zostawia samemu sobie, albo odsyła od drzwi do drzwi… Nie uzyskałam pomocy. Moje dziecko uzyskało – ja nie. Tak, jakbym po prostu musiała się trzymać… Psycholog dziecięcy do którego chodziłam z dzieckiem powiedział mi kiedyś, że muszę być silna, bo inaczej kto zajmie się dzieckiem? Odebrałam to po swojemu: potrzebowałam pomocy, ale potwornie bałam się o nią poprosić, bo wiedziałam, że podczas rozmowy pęknę, wpadnę w swoją histerię i odbiorą mi dziecko…A tego bardzo się bałam. najbardziej. Bo ja żyłam dzięki dziecku. Dla Niego się wtedy odratowałam……
    Asiu temat piękny, potrzebny, trudny. Ja płaczę, ale to płacz ulgi. Dawno zapomniałam o moich kłopotach. Ale one czają się w kącie duszy. Wiem. Cały czas ze mną są…

    • comment-avatar
      Anonimowy 21 października 2012 (20:37)

      Bardzo mądre słowa. System nie pomaga niestety, a niektóre rady są dobre dla tych, którzy nie muszą liczyć każdego grosza. Życzę Wam dużo szczęścia, stabilności i spokoju przede wszystkim.

      ASV

    • comment-avatar
      Anonimowy 22 października 2012 (00:44)

      Dziękuję. Mam spokój i szczęście. Stabilności nie będzie już nigdy, bo nadal nie wiem, co czai się za rogiem życia, że tak filozoficznie to ujmę:) Pracuję, bloguję:)), mam cel, ciągle zajmuję czymś i ręce i myśli. Mam też w domu dużo luster, żeby kontrolnie ciągle w nie spoglądać. I mam też sporo zegarów – one przypominają mi, że życie idzie do przodu, nie cofa się, że szkoda czasu na głupoty i że jest ono tak cenne, że nie wolno go marnować…To moja terapia. Bez leków. Udało mi się, ale nie wszystkim się udaje. Pracowałam kiedyś w pokoju z 5 dziewczynami.Wszystkie one (młode, na pozór wesołe i z poukładanym życiem) odwiedzały psychiatrę (prywatnie) i brały leki…Jedna bierze do dziś.

    • comment-avatar
      Anonimowy 22 października 2012 (08:16)

      Jesteś bardzo silną i mądrą kobietą! Poradziłaś sobie sama, bez leków – a to o wiele trudniejsza droga. Dobrze, że podzieliłaś się swoją historią, bo wielu cierpiących potrzebuje takiego sygnału, że można sobie z tym poradzić, że ktoś też był na dnie a teraz jest szczęśliwy. To daje nadzieję, jest "światełkiem w tunelu" – tego można się uczepić i resztką sił dalej iść. Pozdrawiam serdecznie.
      Agata

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (10:01)

    jest takie przyslowie – " niewazne jak masz, ale jak to bierzesz" :)

    • comment-avatar
      GreenCanoe 21 października 2012 (10:48)

      Nie znałam..i dziękuje za przytoczenie. Bo choć nie przysłowiem, ale tak dokładnie myślę.

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (09:53)

    Jedyne co mozna tu zrobic, by pomoc choremu na depresje to naklonic do skontaktowania sie ze specjalista.Zadne przyklady innych nie pomoga, a juz domoroslych psychologow madrosci moga wrecz zaszkodzic. Depresje leczy sie farmakologicznie, a nie dobrym slowem, pod opieka lekarza psychiatry. Nieznana jest przyczyna depresji, moze jednak byc w pewnych przypadkach dziedziczna. Niekiedy ciezko rozpoznac depresje, wazne by po rozmowach wstepnych ze SPECJALISTA rozrozniec, spadek nastroju, psychoze, zachowanie po przebytej traumie itd… Ale zawsze mozna sobie tu popisac , dac dobra rade, bedzie duzo komentarzy pod tak popularnym, chwytliwym tytulem jak DEPRESJA. Nie naduzywajmy tej diagnozy, nie przypisujmy sobie jej tak latwo,pomyslmy raczej, ze to niezalatwione sprawy, odreagowywanie wczesniejszych przezyc, a nawet nasze lenistwo! tak! tez tak bywa, bo nalezy sie ruszac, na sile zwlec sie z kanapy i biec, poszukac czegos co nas interesuje, np: fotografowanie, a czasem pogodzic sie z tym, ze jestesmy jacy jestesmy, introwertycy sa wsrod nas, nie probujmy wszyscy na sile byc towarzyscy, ludzmi sukcesu,pozwolmy sobie byc soba i nie porownywac sie do innych a jednoczesnie uznac to, ze nie jestesmy "jacys inni"- to normalne,ze jestesmy inni. Sa tacy, ktorzy mysla, ze sa "inni", nawet lepsi ;),to tez przeciez narcyzm, niefajna przypadlosc :)
    Pozdrawiam i zycze wszystkim smutnym, znalezienia sily w sobie, bo czlowiek jest SAM, sam musi przejsc wszystkie swoje drogi, nikt za niego tego nie zrobi :) temat rzeka…

    • comment-avatar
      GreenCanoe 21 października 2012 (10:46)

      Myślę, że depresja nie jest chwytliwym tytułem.A na ten post weszły tak naprawdę osoby tylko zainteresowane. Ludzie nie lubią i nie chcą czytac o smutnych wydarzeniach, większość z nas smutne,trudne tematy omija. I chyba nie ma sie dziwić, bo żyjemy w świecie, gdzie na każdym kroku wokół złe informacje – jest tego po prostu za dużo.

      Rozumiem, że jesteś psychiatrą, skoro tak dokładnie opisujesz co trzeba robić w przypadku depresji – np. by nie słuchac mądrości "domorosłych psychologów". I pytam bez cienia sarkazmu – być może jasne wytyczne specjalisty – będą dla kogos impulsem do działania?

      Jestem przekonana, że rozmawianie o chorobie, a zwłaszca wypowiedzi innych, przeżywających ją osób, to dla drugiego człowieka szansa na to, że byc może uświadomi sobie, że czuje się podobnie, że przeżywa także leki, ma te same obawy albo wręcz objawy. Byc może postanowi pójść do lekarza. I nawet jeśli, u specjalsity okaże się , że np. to jednak nie jest depresja, to i tak lepiej że zostało to sprawdzone.

      Nie wiem czy zwlekanie się "na siłę" z kanapy by pofotografować czy "biec by szukać"….jak to ujęłaś pomoże osobom, które nie widzą sensu wychodzenia z domu.Ja jednak czuję intuicyjnie, że robienie czegokolwiek w życiu na siłę, nie przynosi dobrych efektów – albo jeśli nawet przynosi, to na krótką chwilę. MOTYWACJA i CHĘCI – to główny motorek większości naszych poczynań. Ale to tylko moje – obiektywne zdanie. Każdy z nas żyje wedle własnego postrzegania świata i swojej roli w tym świecie.

      tak…temat rzeka.

    • comment-avatar
      Anonimowy 21 października 2012 (13:15)

      tak jestem lekarzem, tak- wiele rzeczy w poczatkowej fazie trzeba zrobic na sile niestety,tak- dobrze znalezc cos co nas choc troche zainteresuje, cos co lubimy robic np. fotografia, tak- w dzisiejszych czasach co piata niemal osoba podejrzewa u siebie depresje czytajac jej objawy na portalach inernetowych, lub sasiadka powiedziala…tak-rozmowa z kims drugim, kto tak naprawde nie przeszedl choroby nie przyniesie efektu,moze za to wzbudzic poczucie winy, w przypadku gdy choroba np. przyjaciolki lub kogos z rodziny doprowadzila do smierci, na cale zycie pozostaje mysl, ze "moglem zrobic cos inaczej" Jesli Ty czujesz cos intuicyjnie, to to jestes Ty i to jest Twoja intuicja, ktos inny czuje to inaczej. Empatia pozwala na zrozumienie sytuacji w jakiej znajduje sie dana osoba,zwlaszcza empatia kognitywna…
      Jasne wytyczne?, przepraszam nie potrafie- jedynie jak wyzej, udac sie do specjalisty, indywidualnie! Coz, nie mam gotowej recepty dla wszystkich, przepraszam,ze Cie zawiodlem:)i NIE- nie napisalem dokladnie co trzeba robic w przypadku depresji- to postepowanie indywidualne, farmakologicznie lub terapia, jednak przy naprawde zdiagnozowanej depresji, terapia jest srodkiem pomocniczym. Nie irytuj sie:)
      ps. to jeszcze jedno przyslowie;) " Im wiecej czlowiek wie, tym bardziej watpi"- znalas to?

    • comment-avatar
      GreenCanoe 21 października 2012 (13:50)

      o matko….jak z karabinu…:)
      Nie zawiodłeś mnie.Nie oczekiwałam konkretnej recepty – to co napisałeś, w mojej ocenie to ważny głos – i ważny aspekt – indywidualnego leczenia, właśnie o tym mówimy – o udaniu się do lekarza.
      Może inaczej – do konkretnego lekarza – czyli psychologa czy psychiatry.( nie ujmując Twojej specjalizacji)

      I tak zbagatelizowane przez Ciebie "sąsiadki" czy internet – dla wielu kobiet zwłaszcza, okazały się pierwszym krokiem ku terapii.Tak, jak napisałam – lepiej pójśc do specjalisty i dowiedzieć się, że jednak nie jest to depresja, aniżeli nie pójść w ogóle. Sam fakt, że coś nas niepokoi – że widzimy w sobie bardzo negatywne zmiany, nad ktorymi nie panujemy i których nie rozumiemy, to wystarczający powód by z kims porozmawiać. Ludzie sięgają często do netu – z obawy przed kontaktem np. z psychiatrą właśnie, trzeba to zrozumieć. Ale często po przeczytaniu doświadczeń innych ludzi – kierują się jednak na leczenie.

      i na sam koniec – nadal nie wierze w ZMUSZANIE do czegokolwiek. Nawet w dobrej wierze i szczytnym celu.
      Zachęcanie, pomaganie, bycie obok – owszem.
      na tyle – bez irytacji:)
      a to przysłowie akurat znałam..

    • comment-avatar
      Anonimowy 21 października 2012 (14:24)

      A w elektrowstrzasy w leczeniu depresji tez nie wierzysz? Wiesz, moje hobby to ogrodnictwo, dlatego tu trafilem, kiedy zatem nowy wpis o kwiatkach?…
      Pozdrawiam cieplo:)

    • comment-avatar
      GreenCanoe 21 października 2012 (15:13)

      Nie mam na ten temat wiedzy…elektrowstrząsowej – więc moja wiara czy jej brak – chyba nic tu do rzeczy nie ma.

      Niedługo będzie post o zabezpieczeniu roślin na zimę, oraz o różach:)

    • comment-avatar
      Anonimowy 21 października 2012 (15:44)

      Ciesze sie, wlasnie roze mnie teraz interesuja najbardziej, chce miec przyszlym roku piekny ogrod rozany :)
      Pozdrawiam.

    • comment-avatar
      Anonimowy 21 października 2012 (15:48)

      Pogaduszki, rozumiem, ze kiedy przychodzi do Ciebie pacjent z bolem plecow, przewleklym, to od razu wiesz, ze tak naprawde, to trzeba go natychmiast skierowac do psychiatry. Czesto robi sie to jednak po wielu badaniach i wykluczeniu choroby somatycznej. Dziekuje, za mily relaksujacy i pogaduszkowy , niedzielny leniwy dzien :)
      Pozdrawiam serdecznie.

    • comment-avatar
      Anonimowy 21 października 2012 (20:34)

      A ja się zgadzam tylko połowicznie. Nie ma cudownych leków na depresje. Uważam i, niestety, wolałabym tę wiedzę opierać na stronie zawodowej, a nie własnej, że podstawą jest dobra (podkreślam! dobra) terapia, a dodatkiem farmakologia. Nie odwrotnie. Chociaż wiem, że wśród wielu lekarzy dominuje pogląd, że najlepiej wepchać w chorego leki, w końcu to on ćpa, a nie oni. ;)
      Sama brałam przez kilka miesięcy taki "cudowny środek", że miałam i siły, i radość życia. Gorzej, jak na tydzień odstawiłam, bo akurat wypadł mi wyjazd i nie dopilnowałam recept. Kompletny zjazd. Jak to tak miałoby wyglądać, to dziękuję bardzo. Mogę dziś napisać, że "przerobiłam" problemy i nie jest łatwo, ale jest. Oczywiście, nie chcę by ktoś stwierdził, że farmakologia jest zła i owiana mrokiem tajemnic. ;) Nie jest. Ale wmawianie pacjentom, że tabletka rozwiązuje wszystkie problemy jest żadnym rozwiązaniem.

      Internet i sąsiadki mogą być bodźcem do leczenia, ale zwłaszcza internet jest moim zdaniem zdradliwy. Mój lekarza powtarza, żeby się nie samodiagnozować przez net, bo tam są zawsze nakreślone ekstremalne przypadki. I moim zdaniem coś w tym, zresztą pisałam poprzednio i nie chcę się powtarzać.

      Pozdrawiam

      ASV

    • comment-avatar
      Anonimowy 22 października 2012 (07:57)

      Zjadliwy ton anonimowego lekarza wiele wyjaśnia w temacie: Dlaczego ludzie chorzy boją się kontaktu z psychiatrą.
      Co wrażliwsi chorzy z silną depresją po rozmowie z takim lekarzem, który oskarża o lenistwo, przepisuje worek leków i każe się zmusić, żeby pobiegać i zainteresować się fotografią, pójdzie się powiesić lub w najlepszym wypadku nigdy więcej do żadnego psychiatry się nie zgłosi. Niestety są lekarze i lekarze, a na tych dobrych naprawdę ciężko trafić.
      I jeszcze to typowe medyczne podejście – tylko farmakologia, reszta to bzdury! Nie wiem, czy wiecie, ale w psychiatrii jest takie oficjalne stanowisko, że chory po trzecim epizodzie depresyjnym powinien brać leki DO KOŃCA ŻYCIA.
      Leczenie farmakologiczne jest bardzo pomocne na początku, żeby wyjść z "czarnej dziury" i móc normalnie myśleć, ale potem trzeba przejść terapię, najlepiej u dobrego terapeuty (o którego, jak z lekarzem, niestety trudno), albo samodzielnie wszystko sobie poukładać i przepracować. Nie ma cudownej tabletki szczęścia (miał nią być Prozac ale jakoś nie wyszło:), trzeba ciężkiej pracy, bólu i łez, żeby znowu zobaczyć słońce.
      Agata

    • comment-avatar
      Anonimowy 22 października 2012 (20:16)

      Hm…slusznie prawisz, tylko o ktorej piszesz?-psychogennej?,nerwicowej?, endogennej?, atypowej? objawowej lagodnej, maskowanej,umiarkowanej, ciezkiej?czy jeszcze wielu innych? Psychotyczna jest paskudna…
      Ja wiem, ze czasem ludzie mysla, ze wlasnie cierpia na depresje, ale to nie zawsze depresja, i dobrze!Ale sa przekonani, ze lekarz glupi, przeciez lepiej wiem co czuje prawda? Zreszta lekarz nie jest Bogiem, zgadza sie! Naprawde tak wyzej napisano, ze chorzy na depresje sa leniami,powinni worek lekow lyknac, na sile, w trakcie juz stwierdzonej choroby, zrywac sie z lozka i biec, i fotografowac? to smutne…

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (09:23)

    Boje sie depresji jak i nerwicy…

    Od jakiegos czasu obserwuje swoje zachowanie i nie wiem, czy jest ono zdrowe… Zaczelo sie od tego kiedy przeprowadzilam sie do innego kraju, wyjechalam za moim partnerem, ktorego kocham. Wyjazd nigdy nie byl w moich planach. Od poczatku "nie lubilam" nowego miejsca, ale mowilam sobie, ze jakos sie ulozy, poznam nowych ludzi, zaakceptuje nowe otoczenie. Na miejscu szybko znalazlam prace, bardzo dobrze platna, mamy duze mieszkanie, teraz myslimy o kupnie dzialki i budowanie domu, mamy w planie slub i dzieci. Mam wszystko czego mozna pragnac, a jednak cos jest nie tak, cos mnie gryzie w srodku od momentu przyjazdu.

    Denerwowalo mnie, ze nie jestem "u siebie", ze to jego kraj, ze musze sie znowu jestem zmuszona do nauki jezyka. Mam nagle wybuchy zlosci, nerwy mi puszczaja z byle powodu, wpadam w histerie. Jak to sie dzieje, zdaje sobie sprawe od razu, ze nie mialam powodu do takiego zachowania, a jednak nie moge sie opanowac, nie moge opanowac stresu. "Zlapalam" sie na tym, ze czesto stwarzam sobie czarne wizje w moich myslach i to powoduje, ze od razu, jak tylko nadarza sie okazja, robie kolejna awanture…

    Kilka razy probowalam rozmawiac z moim partnerem. Powiedzialam mu, ze to ze mamy wszystko, nie oznacza, ze automatycznie musze byc szczesliwa i moze powinnam to skonsultowac. On na to, ze czasami wszyscy mamy dola i jest ok. Bardzo mnie kocha, a ja jego. Nie chce tego zaprzepascic z powodu mojego samopoczucia.

    Moze to skutki uboczne tarczycy, na ktora cierpie. Lekarze mowia, ze czasami ma ona wplyw na nasze emocje. Ale czyzby az tak bardzo? Musi byc jakies wyjscie ewakuacyjne z tej sytuacji, nie wydaje mi sie aby bylo to normalne. To juz trwa 2 lata…

    • comment-avatar
      GreenCanoe 21 października 2012 (10:50)

      Skoro piszesz o tym…i sama odczuwasz niepokój…nie wiem, może rzeczywiście warto sprawdzić? Porozmawiać?
      Absolutnie nie chcę wystepować w roli "ciocia dobra rada", ale sama wiem po sobie, że im dłużej odwlekam jakąś trudną decyzję która mi świdruje w duszy – tym potem jest gorzej. Właśnie ostatnio przezylismy rodzinnie taką sytuację, i mam do siebie ogromny żal, że tak długo czekałam.

  • comment-avatar
    ♥laurentino 21 października 2012 (09:20)

    I ja się muszę przyznać do zmagań z tą chorobą… ale wzięłam byka za rogi i walczę i nie poddam się tak łatwo…
    Ściskam wszystkie kobietki dotknięte tym świństwem…

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 października 2012 (06:26)

    Jako osoba mająca prawie 30 lat i chorująca od ponad dekady na dystymię, powiem tylko, że jak dla mnie większość akcji w mediach jest bez sensu. Bez obrazy. Zacznijmy od dewaluacji choroby przez kolorowe pisemka. och ta jesienna depresja… a zima, wiosna, lato? Jasne, że "dół" może być przyczyną depresji, ale nie zawsze. Depresja po pierwsze nie powinna być samodzielnie diagnozowana. I tu dochodzimy do kolejnego problemu.

    Dostęp do lekarzy w Polsce jest ograniczony, chyba że ma się pieniądze. W moim mieście godzina terapii indywidualnej zaczyna się od 85 zł wzwyż. Jedna godzina oczywiście nic nie daje. Leczenie refundowane (akurat w moim przypadku) jest na dziennym oddziale szpitala. W godzinach wiadomo jakich, czyli takich gdzie 3/4 osób pracuje. Dlatego mnie osobiście po latach nie dziwi statystyka samobójstw. Brak wsparcia i odbieranie nas jako czubków jest powszechne. Mój przyjaciel z grupy terapeutycznej nie wytrzymał presji. Dziś miałby 27 lat.

    Z tą chorobą można żyć, walczyć. Ja mam rodzinę, pracę, bloguję ;) i staram się trzymać. Mocno i kurczowo. Nie biorę leków, chociaż wiem, że przypadki są indywidualne i tak należy je rozpatrywać. Nie można bać się psychologów lub psychiatrów, tylko walczyć o siebie. Bo nikt za nas tego nie zrobi. To, że bliscy nas nie rozumieją, nie powinno nas przerażać. To tak, jakbyśmy mówili do nich po chińsku :) trzeba im też wyjaśnić, mówić wprost jak mogą pomóc – to pomaga, niech nie bazują na domysłach.

    pozdrawiam, dobrze, że poruszyłaś ten temat, może osoby, które są niezdecydowane lub niepewne ruszą do boju! NIE PODDAWAJCIE SIĘ! Warto jest żyć.

    ASV

  • comment-avatar
    Bramasole 20 października 2012 (21:44)

    Asiu pamiętam jak w 2009 roku poruszyłaś na blogu temat depresji. Chorowałam już wtedy, ale jeszcze się nie leczyłam. Znajomy psycholog mówił mi że to co się ze mną dzieje to może być właśnie depresja, nie docierało to jednak do mnie..Dopiero u Ciebie po przeczytaniu posta zaczęło mnie to tak mocno uwierać, że dłużej już nie mogłam. Poprosiłam przyjaciółkę o pomoc, umówiła mnie na wizytę u psychologa i poszła ze mną trzymając mnie za rękę. Pamiętam, że wtedy nie powiedziałam prawie ani słowa, przepłakałam calą wizytę. Ale to był ten pierwszy, najważniejszy krok. Nie mówię, że każdy kolejny był już łatwy, bo cholernie trudno otworzyć się przed kimś obcym, ale warto spróbować..Zaczęłam terapię.. Gdy nie przynosiła efektów i już miałam brać leki, dopiero coś we mnie drgnęło. Chciałam ich uniknąć..Napisałam wtedy u Ciebie, że nie mam wsparcia, że mąż mnie nie rozumie i tak było. Poprosiłam go żeby poszedł ze mną na kilka spotkań. Psycholog pomógł mu zrozumiec co się ze mną dzieje. Teraz już wiem, że miał prawo nie rozumieć co znaczy gdy mówię że boli mnie życie, że mnie ono przerasta, że samo oddychanie sprawia mi ból i trudność..Dzięki temu, że zrozumiał mógł mi pomóc.. Bo bliskość i wsparcie jest niezastąpiona w walce z tą chorobą. Uważam, że jest to najlepszy lek. Walka nie była łatwa, było mnóstwo chwil gdy traciłam sens życia, traciłam nadzieję, chęci, ale wspracie męża mi pomogło. Bo choć od nas samych bardzo wiele zależy (to jest podstawa tak naprawdę) to poczucie że gdy my już nie dajemy rady jest ktoś kto poda rękę jest niezastąpione. Dałam wtedy radę. Dzięki terapii, dzięki sobie samej i mężowi. Bardzo pomogło mi także wylewanie swoich uczuć i mysli w postaci literek.. Właśnie wtedy założyłam bloga i pisałam o wszystkim co mnie bolało. Spotykało mnie mnóswto niemiłych komentarzy, dostawałam maile że o takich sprawach się publicznie nie pisze..ale pisałam bo to było mi potrzebne. Nadal gdy spotyka mnie coś z czym ciężko mi spobie poradzić piszę o tym na blogu. Gdy rok temu tragicznie zginął mój ojciec opublikowałam osobistego posta znów dostałam niemiłe maile.. Ale mam to w nosie bo to przecież mój pamiętnik i mój sposób na radzenie sobie w trudnych chwilach. Teraz nie jestem w stanie przeczytać postów z czasów choroby, to zbyt boli. Nie mogę uwierzyć, że tak się czułam, że tak myślałam.. Zapomniałam już o tym. Czuję jakby to co czytam dotyczyło zycia kogoś obcego..Ten rozdział jest już zamknięty. Wiem i wierzę, że przy ogromie wysiłku i pracy można sobie poradzić z depresją. Sama jestem tego przykładem. Można znów odkryć radość i piękno życia. Znów można się uśmiechać:) Wszystkim którzy boją się zrobić ten pierwszy krok życze odwagi i siły, aby go zrobili, a tym którzy walczą życzę wytrwałości aby nigdy się nie poddali. Ściskam ciepło Agnieszka

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (21:22)

    Leże i płacze….Nie spodziewałam się takiego tematu tu i teraz. Czytam GC od dawna ale nigdy głosu w dyskusjach nie zabierałam.
    Pierwszy raz na nerwicę zachorowałam 8 lat temu wyszłam z tego bez leków, teraz dopadło mnie znów i zastanawiam się DLACZEGO???
    Brak mi sił, w tym momencie mojego życia brak mi pieniedzy nawet na to żeby sobie badania zrobić i nic nie jest w stanie mnie uspokoić ta wieczna obawa przed tym, że jestem cięzko chora…Mam małe dziecko i jest mi strasznie trudno ale wiem, że mimo panicznego leku musze pójść po dziecko do przedszkola. Znów mam kołatanie serca i ten PANICZNY LĘK….to jest straszne czasmi czuję, że rozpadam się na milion kawałków…Dziękuję za to co piszecie Pomaga mi.K

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (21:14)

    Dziękuję……………..Dzięki temu wiem że nie jestem "inna","jedna","sama","wyalienowana"od 10 lat.A mimo to od tylu lat daje radę.Dzięki wsparciu bliskich,cudownego męża i pracy samej z sobą….ogromu codziennego trudu by chociaż wstać…Skąd się to wzięło?Wiem….ale czemu tak trzyma długo uczepiło się i siedzi ,zadomowione jak u siebie…A kysz….i kiedyś pójdzie ….a jeśli nie to jutro rano dzięki ogromnej pracy ogromnemu trudowi walki samej ze sobą wstanę i….pójde zrobić nam kakao które przytuleni wypijemy…A tak na przekór temu cholerstwu…Nie dam się…
    Kochani trzymajcie się ze wszystkich mocy.Naprawde warto.I pracujcie nad sobą sami z psychologiem z bliskimi.
    I postarajcie się by przedewszystkim leczeniem były sesje terapeutyczne a nie tylko i już recepta ,nie tędy droga.
    Trzymam kciuki za wszystkich Depresi.Powodzenia.

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (20:49)

    Żyłam po prostu z dnia na dzień, bez konkretnego celu.Czułam, że nie daję sobie rady ze wszystkim. Mimo, że starałam się jak mogłam, mojej nieraz ciężkiej pracy nikt nie doceniał. Jadłam coraz mniej, nawet picie starałam się ograniczyć,tak jakbym robiła to sobie na złość, jednak zrezygnowałam po tym jak rano w szkole ledwo trzymałam się na nogach. W każdej chwili istniała możliwość, że upadnę. To był najgorszy jak dotąd, czas w moim życiu.Moja przyjaciółka zaczęła w końcu odczuwać, że coś ze mną nie tak. Opowiedziałam jej o wszystkim. Z początku potraktowała to tylko jako moje wymysły, jednak zmieniła zdanie, gdy zaczęła dostrzegać podobne sytuacje w swoim życiu. Wtedy poczułam, że wróciło jej dawne zrozumienie dla mnie, które wcześniej stało się ledwo dostrzegalne. Pomogło mi to bardzo, jednak mimo to nigdy nie czułam, że komukolwiek na mnie zależy. Moje zaufanie do ludzi również zmalało, po tym jak zawiodłam się na kilku osobach. Teraz wiem, że mogę być zdana tylko na siebie, nikt mi nie pomoże. Od tamtego czasu nie zmieniło się jednak moje nastawienie do ludzi i poczucie bezsensu. Tak właściwie to nigdy nie czułam, ani tym bardziej nie usłyszałam, że rodzice mnie kochają. Tym bardziej tata, z którym rozmowy są zazwyczaj kłótniami. Znienawidziłam go dawno temu, jeszcze w dzieciństwie. Nie przez lalkę czy misia, ale przez to , że jest alkoholikiem chociaż do niedawna nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Dopiero pani na warsztatach psychologicznych w szkole mi to uświadomiła.
    Ostatnio mam wrażenie, że te uczucia powracają powoli.Na razie daję sobie z tym radę, więc nie zamierzam o tym rozmawiać z psychologiem. Tym bardziej, że moja mama nie zdaje sobie z tego wszystkiego sprawy i wyśmiałam by mnie, nie wspominając już o tym, że nie przyjęłaby do wiadomości tego, że idę do psychologa. Pozdrawiam wszystkich w podobnej sytuacji.

    • comment-avatar
      GreenCanoe 20 października 2012 (21:05)

      Słuchaj…a nie masz w szkole zaufanego psychologa? Kogoś, komu ufasz, z kim chciałabys porozmawiać, poukładac, nazwać wszystko co czujesz?
      Zostawianie tematu "w powietrzu", tak bez rozwiązania to chyba nie jest jednak dobre wyjście.
      Ludzie wychowujący się w rodzinach, gdzie jest alkohol mają o wiele trudniejszą drogę do pokonania, jeśli chodzi o samoakceptację i w ogóle odnalezienie siebie, umiejscowienie siebie – w życiu. Ale trzeba o siebie walczyć. O swoje marzenia, plany na przyszłośc. Sam fakt, że zdałaś juz sobie sprawę, że coś jest nie tak, że niepokoi Cie stan w jakim się znajdujesz – to duży sukces. Może warto pójśc za ciosem i jednak udać sie do szkolnego psychologa, do lekarza?
      Bardzo mocno trzymam dziewczyno za Ciebie kciuki.BARDZO – i nie daj się. Czasami, gdy jesteśmy młodzi, wydaje nam się , że ….jest tragicznie, że nie ma nadziei – ale uwierz mi, to TY tak naprawdę zadecydujesz jak potoczy sie Twoje zycie. Rodzina-rodzice, owszem mają ogromny wpływ na nasze życie – ale nie jedyny. Bardzo ciepło Cię pozdrawiam.

    • comment-avatar
      Anonimowy 21 października 2012 (04:28)

      Moja mama była alkoholiczką (już nie żyje ,zapiła się) ,więc dokładnie Cię rozumiem ,też kompletnie nie miałam i nie mam na kogo liczyć ,totalne poczucie samotności ,bezradności i złości …bycie dzieckiem albo dorosłym dzieckiem alkoholika wiąże się z wieloma problemami ,mnie w dużym stopniu pomogła terapia dla własnie DDA w której uczestniczą ludzie z podobnymi problemami ,więc naprawdę jest dużo łatwiej to wszystko przejść ,więc z całego serca zachęcam Cię do poszukania takich grup .Bynajmniej dzięki terapii stałam się zupełnie innym człowiekiem ,nie twierdzę,że sobie ze wszystkim świetnie radzę ,bo tak nie jest (mój post tu jest zamieszczony 2 w kolejności )ale bez porównania jestem zupełnie innym człowiekiem,a poza tym spotykasz tam ludzi ,którzy doskonale Ciebie zrozumieją ,bo mają takie same problemy (bo to są problemy jak w schemacie),takze zachęcam Cię do poszukania grupy w Twojej okolicy (można dowiedzieć się ,gdzie takie działają w poradni psychologicznej).Serdeczności:)Życzę Ci wszystkiego dobrego!:)

    • comment-avatar
      Anonimowy 21 października 2012 (04:43)

      Zapomniałam dodać ,że w internecie jest forum dla DDA (dorosłych dzieci alkoholików),można wejść i poczytać ,jest wiele cennych informacji.Naprawdę to ,że dostrzegłaś problem to już milowy krok do przodu ,bo pamiętam ja wypierałam to,że u nas w domu jes t jakiś problem ,więc dużym sukcesem jest to,że masz tę świadomość.O pójściu do psychologa ,nie musisz nikogo o informować ,poza tym jedna wizyta ani żadna ,do niczego Ciebie nie zobowiązuje ,jeśli Ci się nie spodoba przecież możesz w każdej chwili po prostu wyjść.Ze mną na grupę chodziło sporo osób ,które w domu nie powiedziały ,że chodzą na grupę ani do psychologa ,bo ich rodzice reagowali podobnie do Twojej mamy ,a dlatego,że sami po prostu są współuzależnieni i potrzebują pomocy. Pozdrawiam cieplutko!:)

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (20:49)

    Od zeszłej jesieni do wiosny (prawdopodobnie) miałam coś podobnego. Nie jestem pełnoletnia, więc być może ktoś stwierdzi, że wymyślam. Chciałabym jednak wypowiedzieć się, mimo wszystko.
    Jak już pisałam, zaczęło się to jesienią zeszłego roku. Zawsze byłam lubiana przez koleżanki i kolegów. Jedni lubili mnie bardziej, inni mniej, choć jest kilka osób, które mogą za mną nie przepadać. Mogłoby wydawać się, że jestem szczęśliwa, bo mam przyjaciół, dobrze radzę sobie w szkole, nie jestem ani z biednej, ani z bogatej rodziny. Jednak nie byłam. W pewnym momencie, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie czuję się dobrze. Wszystko zaczęło się nagle sypać z dnia na dzień. Nie chodziło pieniądze czy szkołę, ale o moją psychikę. Zaczęłam odczuwać, że w sumie to dla nikogo nie mam większego znaczenia. Najbardziej raniło mnie to, że co bym nie zrobiła było źle. Codziennie po powrocie ze szkoły rodzina miała do mnie jakąś pretensję. Tak jakby zebrało się tego z kilku tygodni,miesięcy czy lat. Wiele razy słyszałam z ust rodziców, że nic kompletnie nie robię, nic nie potrafię, wszystko robię źle czy "zachowuję się coraz gorzej". Wtedy po prostu nie wytrzymywałam psychicznie. Z koleżankami wcale nie było mi lepiej. Zawsze miałam wsparcie w mojej przyjaciółce, wtedy mi go zabrakło. Miałam wrażenie, że przestaje mnie rozumieć i tak jak wiele w tym czasie osób próbuje mnie nieświadomie dobić. Jakby wiedziała, że z dnia na dzień czuję się coraz gorzej i chciała zrobić mi na złość mimo, iż znałyśmy się rozumiałyśmy się zawsze bardzo dobrze. Praktycznie codziennie wracając ze szkoły czułam z jednej strony ulgę, że mogę w końcu pobyć sam na sam z myślami, z drugiej jednak wiedziałam, że wracam do domu z czystego przymusu. Czułam się przez wszystkich odrzucona i niekochana. Zastanawiałam się, czy przejęłoby ich w ogóle moje zniknięcie. Nie to że chciałam uciec z domu, bo to było by bez sensu, ale takie tajemnicze zniknięcie jak w filmach czy książkach.Wsparcie miałam tylko w babci, jednak nie chciałam opowiadać jej o moich problemach. Praktycznie codziennie bolała mnie głowa, tak przez ok.pół roku.Po powrocie do domu kładłam się na łóżku i rozmyślając z głową w poduszce zasypiałam, a potem ostatkiem sił odrabiałam lekcje.

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (20:47)

    Witam.cieszęsie ze poruszyłaś ten temat czytam cie regularnie ,niejestem blogerką:)Ale jestem zachwycona tobą i twoją pozytywna osobą a to dlatego że jesteś własnie tak pozytywna i żyjesz pełnąparą:)A ja lecze sie na depresje 2 lata i potrzebuje w życu pozytywnych ludzi i uśmiechu a niestety na świecie jest dużo złych ludzi:(Depresja umnie pewnie trwała od wielu lat nawet o tym niewiedziałam az pewnego dnia zawalił mi sie swiat,sens zycia i totalna bezsilnosc wstania z łóka i tak tkwiłam w łózku kilka tygodni,,,płacz na zawołanie ze juz niewspomne ze nierozmawialam z nikim ,z mężem ,z dziecmi niemiałam ochoty,Kiedy przyszedł dzien ze checi odebrania sobie życia stwierdziłam ze potrzebuje pomocy i tak od psychologów do psychiatry wkoncu po 3 miesiacach brania leków wyszłam z tego strasznego kryzysu i chociaz nadal biore leki chce mi sie życ i walczyc o siebie i rodzine:)
    Ktośkto nieprzezył tej choroby nigdy jej niezrozumi.
    Dziewczyny walczcie z tą chorobą bo warto żyć!!!!!!!!!!!!

  • comment-avatar
    Agnieszka z Mierzei Wislanej 20 października 2012 (20:11)

    Pozdrawiam Wszystkich ciepło i trzymam kciuki, by każdy dzień był krokiem do lepszego :)

    Miałam ogromnego doła po starcie synka, leczyłam się. Był to straszny czas. Mówienie o swoim bólu, cierpieniu, starcie obcej osobie jest bardzo trudne. Mi się udało.

    Posyłam wirtualnie do Każdego z Was ciepłe, puchate myśli :)

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (20:00)

    Najgorsze jest to,ze o n a powraca,wydaje sie,ze jest dobrze,bardzo dobrze,potem pojawiaja sie male sygnaly,potem jest gorzej i trudniej.Iwona

  • comment-avatar
    amelia 20 października 2012 (19:08)

    niestety i ja jestem w tym "klubie" ..pozdrawiam wszystkich walczących o każdy nowy dzień!!
    a.

    • comment-avatar
      GreenCanoe 20 października 2012 (20:45)

      A ja Ci buziaka wysyłam….dużego.

    • comment-avatar
      amelia 20 października 2012 (20:47)

      :-*
      a.

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (19:02)

    Asiu, myślę że otworzyłaś temat rzekę (przekonana jestem, że komentarzy będzie multum) albo puszkę Pandory…
    Za mną – dzięki Bogu, że już za mną- kilka lat depresji, choć depresyjna osobowość (z chronicznym brakiem sił na realizację najproszych planów, lękiem podejmowania się czegokolwiek, bo wszystko jest za trudne i "napewno nie dam rady") pozostała…

    Chciałam napisać jeszcze więcej różnych strasznych rzeczy, ale nie mam sił rozdrapywać i wracać do tego wszystkiego.

    Tylko to: Chyba wiem,co to jest PIEKŁO..
    Śmierć naprawdę w takich chwilach wydaje się być wyzwoleniem.

    Na szczęście – NAPRAWDĘ NIGDY NIE WIADOMO JAK DALEJ POTOCZĄ SIĘ LOSY. Logika czarnych wizji – Bogu dzięki – bywa, że zawodzi.
    Udało mi się wyjść. Nie chcę rozważać na jak długo.
    Przeżywam teraz dobro i radość, które mnie zaskoczyły, które pojawiły się wbrew mnie i temu co przewidywałam.
    Dzięki Bogu.
    Ania z Nieborowa

    • comment-avatar
      Anonimowy 23 października 2012 (22:07)

      Tak dokładnie mówi moja córka : na pewno nie dam rady, nie poradzę sobie… Ciężkie to chwile dla Niej i dla mnie i dla naszej rodziny. Powoli i delikatnie tłumaczę młodszemu synowi, by miał cierpliwość do starszej siostry, by jej nie dokuczał. Ale sama czasem już nie mam siły, a jesteśmy dopiero na początku drogi…
      Dziękuję, że poruszyłaś ten temat.

  • comment-avatar
    gosiulaart 20 października 2012 (18:50)

    Ja się zbieram od 2 lat ,by iść do lekarza …i nadal tkwię nie robiąc nic,bo nawet do lekarza trudno się zebrać.Najbliżsi nie wierzą ,mówią że to wymówka.Jest źle ,na całej rodzinie to się odbija.Bez pomocy sami nie damy rady już to wiem.Czekam na ten dzień kiedy się przemogę i pójdę .Ale nie ma na to też kasy ,co dodatkowo dołuje.Nie chcę iść do przychodni po skierowanie bo tu w małej wsi wszyscy się znają.Nie chcę by nawet rodzina wiedziała,że potrzebuję leczenia bo wiem że nic nowego nie wniosą.A ja nie chcę z nikim dodatkowego kontaktu.Paskudny to stan,nieobliczalny o czym się przekonuję .Oddalany w czasie pogarsza się ,widzę to .Dlatego wszyscy którzy podejrzewacie coś takiego za fraki i do psychiatry,proście kogoś by was zaciągnął siłą jeśli sami nie możecie.Powodzenia sobie i wam życzę.

    • comment-avatar
      Anonimowy 21 października 2012 (21:07)

      z tego co wiem skierowanie jest potrzebne do psychologa, ale nie do psychiatry. Ja radzę zacząć właśnie od psychiatry, dlatego że zazwyczaj mają większe doświadczenie, a mam wrażenie że psycholodzy w małych przychodniach to zazwyczaj ludzie ledwo po studiach.

    • comment-avatar
      Anonimowy 22 października 2012 (12:14)

      Zachęcam abyś zrobiła wszystko, żeby pójść do psychiatry. Może możesz liczyć na kogoś (jakaś przyjaciółka) kto cię zapisze i pójdzie z Tobą? Wiem, że nie chcesz kontaktu z ludzmi, bo sama tak mam, ale przełamanie się jest już krokiem w walce z chorobą. Ja się bałam kontaltu z psychiatrą, bo krążą jakies beznadziejne opowieści i prześmiewki i takie jest to stygmatyzujące że musisz tam iść. Okazało się, że była to pierwsza osoba która mnie zrozumiała i do dziś najbardziej rozumie. Nie bagatelizuje niczego i nie dziwi się. Nie mówi też najgłubszego tekstu jaki słyszymy w tej chorobie "weź sie w garść", tylko tłumaczy mechanizm działania choroby. Czuję jakby troszkę ze mną walczyła. Dlatego spróbuj – może Ci też się uda.

  • comment-avatar
    lucynakusek 20 października 2012 (18:17)

    Mnie udało się wyjść z tego paskudztwa.
    Walka trwała /i trwa nadal/ od 5 lat.Pilnuję się, zażywam leki/Fluanxol, Asertin/i chyba jestem na nie skazana, bo gdy kiedyś próbowałam je odstawić wszystko zaczęło wracać.
    Prawdopodobnie zaczęło się od depresji poporodowej i nasilało się przez kilkanaście lat.Miałam wszystkie klasyczne objawy ,ale nie wiedziałam co mi jest.Trwało to do momentu, gdy pewnego dnia poszłam do pracy i byłam w takim stanie,że musiano mnie odwieźć do domu,a potem do lekarza, który uświadomił mi ,że to depresja.
    Leczenie często jest długie, a zadowalający stan osiąga się czasami dopiero po 2-3 latach, ale – warto walczyć,aby cieszyć się życiem.

    Wszystkim, którzy zmagają się z tą chorobą, życzę powrotu do zdrowia.
    LK

    • comment-avatar
      GreenCanoe 20 października 2012 (20:36)

      Lucyna – gratulacje i trzymam mocno kcuki za to by dalej było tylko dobrze.

  • comment-avatar
    Antonina 20 października 2012 (18:15)

    Cóż można dodać. Należy jednak rózróżnić depresję od stanów tzw. depresyjnych spowodowanych nieszczęściami i problemami życiowymi. Depresja pojawia się znikąd i praktycznie niszczy życie rodzinne. Nie planuje się już niczego: przyszłości, działań, wyjazdów, remontów itp. Przychodzi stan zawieszenia i czekanie miesiącami – może w końcu będzie lepiej. Czasem bywa, ale nie do końca. Na partnera spadają wszystkie sprawy i problemy, bo chory na depresję nie jest w stanie niczego załatwić i podjąc decyzji (ma czas, nie może się na nic zdecydować, może jutro "to" załatwi). Więc jakoś żyjemy wierząc, że kolejne antydepresanty w końcu pomogą bardziej zdecydowanie. W sumie osoba żyjaca w rodzinie z chorym na depresję jest sama we wszystkich sprawach, bo nie może liczyć na zmagajacego się z chorobą współmałżonka. Tyle ode mnie – wiem, bo przerabiam problem już kilka lat.

    • comment-avatar
      GreenCanoe 20 października 2012 (20:35)

      No właśnie…deprasja pojawia się znikąd. Moje bliske koleżanki dokładnie tak to ujęły. Że nie wiadomo skąd i dlaczego. Bo teoretycznie – w zyciu wszystko grało. I jak to jest, że jedni mimo strasznych przeżyć funkcjonują jednak w miare normalnie, a inni – bez wyraźnego powodu…załamują się.

    • comment-avatar
      Anonimowy 22 października 2012 (12:09)

      moja terapeutka mówiła, że są dwa rodzaje depresji. nie pamiętam nazw, ale ogólnie jedna bieże się właśnie z nikąd (jakieś nasze wewnetrzne zaplątanie i probelmy gromadzoen z dzieciństwa nagle coś zmieniają w odbiorze świata), a druga wywołana jest jakimiś zdarzeniami które nagle nie możemy udzwignąć… ja chyba mam to drugie właśnie

    • comment-avatar
      Anonimowy 31 października 2012 (19:34)

      endogenna (wewnątrzpochodna) i egzogenna (zewnątrzpochodna)

  • comment-avatar
    Doranma 20 października 2012 (18:05)

    O przyczynach depresji pisze Robert Tekieli w najnowszej książce "Zmanipuluję Cię kochanie" – warto spojrzeć na problem i od tej strony. Pozdrawiam wszystkich przeżywających trudne chwile w ten jesienny czas.

    • comment-avatar
      stula 23 października 2012 (11:52)

      To bardzo ważny komentarz w tej naszej rozmowie!

  • comment-avatar
    Justyna Fechner 20 października 2012 (18:01)

    kochane powodzenia Wam życzę, walczcie z tym potworem i nie poddawajcie się, trzymajcie się ciepło

  • comment-avatar
    bajowka 20 października 2012 (17:44)

    Cudowny wpis, pełen wrażliwości, a jednocześnie bardzo ciepły i jakże przydatny;)

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (17:42)

    Depresja to dla mnie temat na szczęście nieznany. Nie jestem lekarzem więc może nie mam racji, ale wydaje mi się, że czasy w których przyszło nam żyć nie są dla nas przyjazdne i wile sytuacji z codziennego życia zbiera się, zbiera aż pewnego dnia jest tego już tak dużo, że nas to przerasta.

    Nasz kraj nie jest dla nas obywateli, przeraża nas perspektywa, a raczej jej brak, nie ma pracy, wile ludzi nie ma pieniędzy, nie chodzimy na zwolnienia bo boimy się , że nas wywalą z pracy. W efekcie jesteśmy ciągle niedoleczeni, a na starość wszystko się odezwie. Nie mamy czasu na zadbanie o siebie, bo zawsze jest coś ważniejszego. Jedzenie to chemia. Ludzie się nie szanują, odbywa się walka szczurów kto ma więcej, kto szybciej. Normalne osoby tego nie wytrzymują. Presja posiadania nowych technologii, w ogóle posiadania – przeraża mnie to.
    Nie daje zgody na takie życie, odcinam od siebie to co według mnie nie jest dobre. Trzeba zacząć myśleć o sobie.

    Myślę, że powinniśmy sobie trochę odpuścić bo te duże problemy zaczynają się od całkiem małych. Szczerze współczuje wszystkim chorym, nie uważam, że wymyślacie sobie choroby. Zauważyłam, że kontakt blogowy zastępuje mi prawdziwych ludzi. Nie każdy tak potrafi funkcjonować – sam. Może trzeba spróbować poszukać bratniej duszy na blogu i sprawdzić, czy to nasze życie jest takie trudne i beznadziejne czy może jednak reszta świata pędzi w oślepieniu, a my i nasze problemy są jednak normalne.

    Jest taka mądra osoba, prowadzi blog Domowy Zakątek i do niej zwróciłam się w ostatnich dniach o radę. Odpowiedziała mi i to co mi napisała oczyściło mnie.

    Asiu Ciebie też nie omijają problemy, a jednak idziesz do przodu. Wielkie dzięki za to, że pokazałaś inne, trochę smutniejsze, prawdziwe oblicze naszego życia. Myślę, że to wielu osobom bardzo pomoże.

    Ila

    • comment-avatar
      GreenCanoe 20 października 2012 (18:00)

      …trudno się z Toba nie zgodzić.
      Nie znam osób, których zycie byłoby jedynie usłane różami. Każdy z nas ma swoje problemy – tw eiększe, te mniejsze…
      Ważne, by dostać pomoc, gdy jest naprawdę taka potrzeba.
      Liczę na to, że ten post i Wasze wypowiedzi…może komus pomoże.

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (17:42)

    Po co sie nad tym zastanawiac, kazdy jest po troche nieszczesliwy bo szczescie nie trwa caly czas, nie lepiej napisac o tym ze powinnismy nauczyc sie cieszyc z kazdej najmniejszej rzeczy jaka nas spotyka?jak umiec sie cieszyc jak sie nauczyc cieszyc. Pozdrawiam.

    • comment-avatar
      GreenCanoe 20 października 2012 (17:57)

      'po trochę nieszczęsliwy" to nie to samo, co pragnący popełnic samobójstwo….
      O radości życia piszę w czółnie na co dzień.
      Dziś jest temat specjalny – na prośbę wielu osób, być może szczere wypowiedzi innych ludzi pomogą tym, którzy tego własnie potrzebują.

      Nie wiem czy cieszenia się…można się nauczyć. Czy bycia szczęśliwym – można się nauczyć.
      Być może na ten temat jeszcze kiedys porozmawiamy, pozdrawiam Cię ciepło,

  • comment-avatar
    KASANDRA 20 października 2012 (17:26)

    Przepraszam, przypomniałam sobie jeszcze jedną ważną rzecz … osoby chore na nerwice mają bardzo wyczulone zmysły … smaku, zapachu, słuchu … ja należę do tej trzeciej grupy … wyczulona jestem na dźwięki, głośniej podkręcony telewizor wywołuje u mnie mocne rozdrażnienie, nerwowość, niepokój, drażni mnie stukanie palcami o stół … śmieszne prawda ale to też objawy które pomogą zasugerować Wam, że coś jest nie tak …

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (17:11)

    Od dwóch lat leczę się na depresję i stany lękowe…Paskudna to choroba, która wciąż i wciąż powraca…Pamiętam ból istnienia, ból życia. Każdy dzień był dla mnie koszmarem, w każdy poranek żałowałam, że się obudziłam. Marzyłam o śmierci, nie było godziny bym za nią nie tęskniła i o niej nie myślała. Żyłam tylko dla dziecka, wstawałam rano tylko dla Martyny…Myślałam, że to normalne, że każdy tak ma… Zaczęłam się bać, gdy w pewnym momencie, moje własne dziecko stało mi się obojętne….Poszłam do psychiatry, oczywiście nie sama, nie byłam w stanie. Została mi tylko jedna osoba, ktora pomimo mojej niechęci wciąż mnnie odwiedzała. Dostałam leki i po 3 tygodniach poczółam jak staję sie nową osobą, jakbym rodziła się na nowo. Ulga, wielka ulga!! Spadł mi kamień, ogromny głaz!! Nawet nie wiedziałam, że życie ma takie kolory, że ptaki śpiewają i trawa pięknie pachnie :-) Warto iść do lekarza, nawet jeśli się nie chce i nie można wstać z łożka. Moja walka wciąż trwa i trwać będzie nadal. Moja choroba ostatnio uśpiona, zaczęła się budzić…Nowe leki, nowa amunicja :-) żywcem mnie nie weźmie :-)
    Walczę i wierze, że pewnego dnia zwyciężę.
    Agata

  • comment-avatar
    Hanka 20 października 2012 (17:11)

    Jestem w trakcie leczenia depresji i najbardziej byłam zdziwiona, gdy usłyszałam, że to wygląda na depresję i może przysłać psychiatrę … Doszłam do ściany. Po prawie dwóch latach leczenia raka wyniki się nie poprawiały, czułam się słaba, niepotrzebna, zawalidroga, siedząca na fotelu stara i chora. Moją reakcją na najmniejszy problem był płacz. I, żeby było jasne, problem, to upuszczona szklanka z herbatą … Moje dzieci spełniały wszelkie moje potrzeby i nadal tak jest. Nigdy nie usłyszałam, że zawadzam, że mam już odejść. To ja sobie to wymyślałam, to w mojej głowie wykiełkowała myśl, że jak odmówię brania chemii to będę miała problem z głowy … odejdę i nie będę nikomu przeszkadzać. Moja córka, z którą mieszkam, zrobiła mi awanturę, jak jej opowiedziałam o moich planach … Podczas kolejnego pobytu w szpitalu, przed zabiegiem nakłuwania płuc z powodu płynu, wpadła do mnie psycholorzka. Siedziałam na łóżku i ryczałam. Nie mogłam się opanować, ryczałam i już. Zabieg miałam wykonywany trzeci raz i wiedziałam jak to jest, więc nie było to ze strachu przed niewiadomym. Wtedy usłyszałam propozycję spotkania z psychiatrą. Może wspomóc się farmakologicznie? Muszę przyznać, że pani psycholog była bardzo delikatna i do niczego mnie nie zmuszała. I to chyba był dobry pomysł, bo to ja sama zgodziłam się na to spotkanie. Jeszcze tego wieczoru przyjechał lekarz, porozmawiał ze mną, zapisał "tabletki szczęścia" i biorę je od trzech miesięcy. Byłam jeszcze dwa razy u pana doktora i umówiliśmy się, że mogę tam przychodzić kiedy będę czuła taką potrzebę. Jak na razie tabletki pomagają, przestałam ryczeć z byle powodu. Nie jestem radosna jak szczypiorek na wiosnę, ale daję radę. Nawet po ostatniej wizycie w szpitalu, po odebraniu pogorszonych wyników, nie popłakałam się. Jestem zmartwiona, zdaję sobie sprawę, że idzie ku gorszemu, ale podchodzę do tego jak do kolejnego zadania do wykonania – trzeba się brać do roboty, bo czasu coraz mniej … Moja depresja jest pod kontrolą, biorę tabletki i one mi pomagają. Nie wiem jak bym funkcjonowała, gdybym się nie zdecydowała na spotkanie z psychiatrą. Każdemu, kto ma jakiekolwiek problemy z panowaniem nad swoimi emocjami radzę wizytę w poradni, to nie boli, a pomaga …

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (16:49)

    Od dwóch miesięcy się leczę. Szybko się zorientowałam,że to może być TO. Szukałam pomocy u przyjaciółki,lekarza,psychologa. Biorę leki, chodzę na terapię. Jest o niebo lepiej niż na poczatku choroby,ale wiem,że daleka droga przede mną.Boję się co będzie dalej.Iwona.

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (16:44)

    Dwa razy w życiu zdarzyło mi się mieć strasznego doła, poradziłam sobie z tym sama ale trochę czasu mi to zajęło. Od tego czasu, staram się codziennie myśleć pozytywnie, o swoich marzeniach i to nie tak ogólnie ale bardzo szczegółowo….np o moim domu w bieszczadach, jak bedzie wystrojony każdy pokój, jak dokładnie będą rozmieszczone wszystkie pomieszczenia, skupiam się na najdrobniejszych szczegółach…i zawsze po takiej sesji jest mi o niebo lepiej, aż mi się buzia śmieje.
    Wierze w moc pozytywnego myślenia, zresztą wielokrotnie na własnej skórze przekonałam się że to działa. Polecam wszystkim książkę "Potęga podświadomości" czy też "Secret" – na youtube jest film o tym samym tytule, na podstawie tej książki.
    Zachęcam do przeczytania tych pozycji, nawet jeżeli ktoś w to nie wierzy to uważam ze powienien poznać sie z nimi.
    Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i życzę samych radosnych i uśmiechniętych dni :)

  • comment-avatar
    KASANDRA 20 października 2012 (16:37)

    Padły w Twoim tekście Asiu dwie choroby : depresja i nerwica. Linia oddzielająca te dwie choroby jest bardzo cieniutka. Myślę, że tylko psycholog jest wstanie uzmysłowić choremu która z chorób dotyka właśnie jego. Tak było w moim przypadku. U mnie zdiagnozowano nerwicę … lękową. Nerwica kojarzy się głównie z atakami agresji ale nie słusznie. Jest wiele odmian nerwicy. Lękowa, sercowa, żołądkowa … Objawy ? No cóż u mnie zaczęło się jakoś tak dziwnie … pamiętam robiłam rano kawę i nagle poczułam, że słabo mi się robi tak z niczego, kuchnia zaczęła się kręcić … pobiegłam do sypialni …. położyłam się … dochodziłam do siebie przeszło godzinę … potem bardzo często czułam, że cała w środku dygotam jak galareta, nie umiałam słowami określić swojego stanu … zlekceważyłam te objawy … nie słusznie, bo to były pierwsze sygnały jakie wysyłał mi organizm, że coś jest nie tak … za jakiś czas doszedł lęk, apotem strach, ogromny, do tego dygotanie serca, nie wiedziałam co się dzieje, poszłam do lekarza zrobiłam badania, kiedy moja lekarka wykluczyła problemy z tarczycą, od razu skierowała mnie do psychiatry, miałam szczęście, bo okazuje się, że większość lekarzy rzadko kiedy kieruje osobę do psychiatry, szukają wszędzie tylko nie tam. Ataki strachu robiły się coraz mocniejsze, uciekałam ze sklepu, bałam się wyjść z domu, płakałam jeśli musiałam z niego wyjść, kiedy atak dopadał mnie w domu siadałam na ziemi bo wiedziałam, że niżej już nie spadnę. Psycholog powiedział mi bardzo ważną rzecz … ataki mają początek i koniec, trzeba tylko najdogodniej dla nas go przetrzymać … to mi bardzo pomogło … wiedziałam już, że to nie trwa wiecznie, pamiętam ostatni atak … leżałam na łóżku w sypialni, wisiał tam taki drążek do ćwiczeń, patrzyłam na niego i nagle zobaczyłam tam siebie … wiszącą na sznurze … uciekłam z sypialni do męża, nie pozwoliłam mu opuścić mnie na ułamek sekundy … bałam się zostać sama ze sobą … zlikwidowałam sypialnię i drążek … po tym ataku znalazłam się u psychiatry… dostałam leki … stany lękowe mocno wykańczają człowieka, czuje się tak jakby przerzucił tonę węgla łopatą … ja nie miałam następnego dnia siły podnieść ręki do góry a co dopiero wstać z łóżka… ale to normalne jest … to niewyobrażalne emocje związane z atakiem powodują to wyczerpanie … jestem na lekach już zdaje się cztery lata … czy je kiedyś odstawię ??? nie wiem, wszystko zależy od lekarza i ode mnie, przyznam jednak, że z nimi czuję się bezpieczna, ataki lękowe bowiem nie pojawiły się od tego czasu … ale zdarzają się dni kiedy nie chcę wstać z łóżka (to też objaw depresji prawda a jednak na nią nie choruję) albo płaczę bez konkretnego powodu … chciałam zachęcić wszystkich którzy czują że jest coś nie tak by udali się do psychologa – on stwierdzi, co to za choroba ale nie wypisze nam lekarstw, od tego jest psychiatra … mnie oboje bardzo pomogli, bardzo … i mąż, jemu też wiele zawdzięczam, bardzo wiele … i Kochane chcecie płakać ? płaczcie … to nie zwykle oczyszcza organizm … a skąd w ogóle biorą się te choroby ? ze skrywania emocji, nie potrafimy ich z siebie wyrzucić więc kumulują się w nas powodując takie i inne objawy … ja zawsze byłam osobą zamkniętą, owszem czasem wybuchałam ale to za mało, emocje powinny uchodzić z nas na bieżąco …

    ależ się rozpisałam …

    • comment-avatar
      kasiaw 20 października 2012 (19:51)

      Kasandro…czytając Twoją wypowiedź, widzę siebie….Leczę się już trzy lata…codzienne branie leków, teraz tylko jedna w miesiącu wizyta u psychiatry…leki dają mi poczucie bezpieczeństwa, tak jak Tobie…Lęku i napadu panicznego strachu nie jestem w stanie opisać. Ponieważ pracuję, muszę jakoś funkcjonować. Ale każdorazowe wyjście na przystanek wywoływało we mnie najgorsze z emocji. Nie daj Boże wyjście do jakiegoś centrum handlowego czy większego marketu (do dzisiaj unikam takich miejsc). Niejednokrotnie musiałam w "międzyczasie" wysiadać lub prosić obcych ludzi o pomoc, w RAZIE, gdyby mi się coś stało. Jeszcze nie wiedziałam, czy się coś wydarzy, ale wolałabym być asekurowana. W końcu wylądowałam w szpitalu po napadzie ataku padaczki. Nie wspomnę o kilkukrotnym wzywaniu pogotowania, gdzie całym moim ciałem rzucało, każdy mięsień w inną stronę. W momencie największego nasilenia choroby, starałam się przesypiać jak najwięcej. To był straszny czas:(. Nadal się boję, czasami to wraca, ale już nie w takim nasileniu jak pierwotnie.
      Asiu, temat warty poruszenia….dziękuję :) Nie na darmo depresja nazwana została nowotworem XXI wieku, jednym z najgroźniejszych! Wsparcie rodziny i bliskich jest w takim momencie najważniejsze…Na szczęście na takie mogę liczyć i życzę tego wszystkim, którzy się z tą "zmorą" zmagają. Nie uciekajmy i nie chowajmy się po kątach, bo one nas w końcu pochłoną :(

  • comment-avatar
    Joasia 20 października 2012 (15:39)

    tak bardzo sie tego boję

  • comment-avatar
    Brydzia 20 października 2012 (15:10)

    Asiu, nawet nie wiesz jak temat mi bliski i bardzo na czasie… Ktoś bardzo mi bliski walczy z tą chorobą od kilku lat. Oczywiście nie jest to stan ciągły, ale właśnie od kilku dni nastąpiło bardzo duże nasilenie depresji, tak duże, że pojawiły się myśli samobójcze… Ciężko na co dzień żyć obok takiej osoby, bo właściwie jest się bezradnym…Oczywiście była wizyta u specjalisty i kolejna dawka leków, były rozmowy z różnymi, życzliwymi osobami, ale widok wystraszonej twarzy, słowa świadczące o całkowitym zagubieniu bardzo bolą… Mam nadzieję, że wspólnie z całą rodziną pomożemy…
    Pozdrawiam Wszystkich ciepło i mam nadzieję, że odezwą się osoby, którym udało się pokonać tą chorobę i podzielą się swoim doświadczeniem!!!

  • comment-avatar
    foggia 20 października 2012 (15:07)

    Depresja to najbardziej podstępna choroba naszego czasu.. skrada się niezauważenie, podstępnie wchodzi w nasze życie a potem .. potem jest już tylko gorzej… Wiem, bo mam to za sobą ,ale jak mówi znakomity terapeuta też przed sobą… Tej choroby nie można do końca wyleczyć, jedynie zaleczyć, jednak pomoc bliskich i specjalisty jest najbardziej potrzebna…
    Ja matka trójki dzieci, czwarta ciąża, szczęśliwy poród, zdrowy, piękny i spokojny synek, który tylko je i śpi i pozwala sie całować.. kilka tygodni i bummm życie rozsypało się, bez szczególnego powodu, bez żadnego dramatu… Przeszłam ten zły czas dzięki pomocy rodziny i przyjaciół i oczywiście specjalisty, mówię tutaj oczywiście bo uważam że jest to pomoc niezbędna dla chorego i jego otoczenia. On uświadamia twoje otoczenie co to jest i jak sobie z tym radzić. Wiem jedno, gdybym nie miała takiego wsparcia mogłabym się tym nigdy nie uporać, to mój mąż i moje dzieci co dzień mozolnie pomagali mi w dążeniu do zdrowia, to moja mama, mieszkająca daleko codzień poświecała kilka godzin na to bym wstała z łóżka i nie poddawała się.. Terapia ciężka ale dająca wspaniałe efekty…
    Myślę ze temat jak najbardziej potrzebny, wiele osób uważa tą chorobę za fanaberię, wymysł itp…. Nie życze tego najgorszemu wrogowi.
    Jestem po, ale codzień boję się, że to wróci, nerwowo wypatruję pierwszych symptomów.. nie można sie odciąć od tego całkowicie.

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (13:58)

    Dopiszę coś jeszcze…trzeba odróżnić dołki,które ma każdy,smutek,który każdy przezywa od przypadku klinicznego.Z dołka jesteśmy w stanie sami się wyciągnąć,prędzej czy później,przeżyjemy rozczarowanie,zmienimy pracę itd.w depresji smutek jest zamrożony,bardziej przezywa się pustkę,bezsens,utratę wszelkiej nadziei i metaforycznie ten stan przypomina tkwienie pod taflą wody.Oczywiście piszę skrótami i pobieżnie.Zatem wszelkie rady typu weź się w garść nie mogą pomóc.Walka z choroba jest żmudna ale możliwa! Dziękuję z ten post w imieniu wielu osób:)

  • comment-avatar
    JG 20 października 2012 (13:57)

    Moja siostra raz mi powiedziala:
    Wolalabym byc polamana na calym ciele, bo wiem ze wyjde z tego za jakis czas.
    „Depresja boli bardziej niz zlamana reka lub noga"
    Teraz ja rozumiem…

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (13:57)

    Kiedy umarła moja mama zawalił mi się świat. W pewnym momencie brakło mi łez, a ja nadal "płakałam", snując jednocześnie scenariusze, co mogłam jeszcze zrobić…zastanawiałam się dlaczego, tak powiedziałam, albo nie powiedziałam…przeklęte noce, nieznośny ból. W ciągu dnia też nie było lepiej. Pretensje do taty, brata. Na dodatek posypało się moje małżeństwo…uśpiłam chorego na raka pieska…kotka przejechał samochód…straciłam pracę, a wkoło nikogo bliskiego. Po dwóch latach mój nieletni syn miał próbę samobójczą.
    Dlaczego?! Szpital psychiatryczny. Rozmowy z psychologiem. Przeżyłam szok, gdy pewnego dnia zapytał mnie, czy ktoś mi umarł ? Jak sobie poradziłam? Czy nie mam depresji ? Wstrząs. To moja wina ?! Jak mogłam nie zauważyć ? Boże…Minęło 8 lat. Teraz jest lepiej. Niemniej wszystko siedzi we mnie, a ja staram się, aby ze mnie nie 'wyszło".

  • comment-avatar
    Anna, Pracownia Koroneczka 20 października 2012 (13:44)

    Mam koleżankę, która przeszła depresję, więc temat mi bliski. Tę prawdziwą. I właśnie w tym rzecz, że często zbyt często pod depresję ludzie włącznie z lekarzami pod tę jednostkę chorobową podciągają… Nie chcę być niedelikatna… Inne stany. Co w efekcie krzywdzi tych, którzy naprawdę nie są w stanie poradzić sobie z chorobą. To trochę tak jak zwalanie nieuctwa na dysleksję. (Abstrahując od tego, co powyżej. ;)Bo klawiatura czasem naprawdę wymusza błędy, których nie zrobilibyśmy pisząc ręcznie.)

    W każdym razie na pewno potrzebna jest edukacja społeczeństwa na temat depresji i właściwego jej diagnozowania.

    Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo miłości Tobie, Asiu i Twoim czytelnikom. :)

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (13:29)

    Najistotniejszy w leczeniu depresji jest pierwszy krok czyli pójście do lekarza bowiem chorzy nie zdają sobie sprawy do końca co z nimi jest,czuja się jak pod przysłowiową ścianą a z drugiej strony nie maja siły na jakąkolwiek zmianę,wysiłek,czasami wstanie z łózka-wina jest zwolnienie napędu psychoruchowego.Dlatego po czasie,po wybraniu najodpowiedniejszego lekarstwa mogą spojrzeć z dystansu na swoją sytuację,leczyć się,zmieniać swoje życie.Wiele osób cierpi na tą chorobę,czasami maskując ją innymi zachowaniami typu picie alkoholu itd.Najważniejsza jest więc rozmowa z lekarzem.To pierwszy krok

  • comment-avatar
    Monika 20 października 2012 (13:29)

    To ja jeszcze coś dodam :). To jest tak, że jak się wpadnie w dołki, to przestaje się widzieć pozytywy. Każda sytuacja jest po prostu górą nie do przejścia i nawet jakieś błahe sprawy stają się tragedią. U mnie tak przynajmniej było. Naczynia do umycia to był problem! Z tym, że pewnego dnia miałam już sama siebie dość, tych czarnych negatywnych myśli i uświadomiłam sobie, że życie jest takie, jakie je widzimy, co o nim myślimy. Zamiast narzekać na pracę z domu i brak ludzi wokół zaczęłam myśleć, że przynajmniej nie muszę tracić 3 godzin dziennie na dojazd do firmy i dziecko jest ze mną. Mała jest chora średnio raz na miesiąc – ok, ale to przecież na szczęście nic poważnego, przeżyjemy. Jedyne co to nie mam czasu na siebie, na chwilę odpoczynku. Z tym już ciężko było coś wykombonować, więc po prostu się pogodziłam. Tak TERAZ jest i na razie inaczej nie będzie. Ale tak nie będzie ZAWSZE. I to jest najważniejsze.
    Myślę, że to jest właśnie ta najcięższa praca w walce z depresją, czy dołkami. Zacząć dostrzegać pozytywy. Wróciła moja stara ja i myślenie, że póki jesteśmy na tym świecie wszystko może się zmienić na lepsze. A jak jest chwilowo źle – tak nie będzie zawsze.

    I dziękuję za ten wpis, jestem pewna, że wielu ludziom pomoże. A Ty jesteś przekochaną osobą :)) @–>>—

  • comment-avatar
    Mela 20 października 2012 (13:19)

    Hmhmhm….Coś o tej chorobie mogę powiedzieć bo dotkneła najbliższą mi osobę, i po dziś dzień nadal nie rozumię tej choroby,i wiem że można ją zaleczyć, bo nie wierzę w wyleczenie, bo w momentach smutku i zwątpienia powraca jak bumerang…..powiem tak:bez wsparcia najbliższej rodziny i zaciągnięcia na siłę do lekarza nie chce myśleć co by było dziś….i zawsze kiedy przychodzą gorsze dni wystarczy wziąść magiczą tabletkę i czuje się ciutkę lepiej….z tą chorobą trzeba walczyć-czyt.leczyć, bo skutki nieleczenia mogą być tragiczne…..więc ludziska jak widzicie że ktoś jest osowiały i gada dziwne rzeczy to za fraki i do lekarza, bo z tą chorobą ciężko jest walczyć samemu…..naprawdę….Pozdrawiam i życzę w te jesienne szaro bure dni pogodnego nastawienia i słoneczka w sercu….

  • comment-avatar
    Mela 20 października 2012 (13:19)

    Hmhmhm….Coś o tej chorobie mogę powiedzieć bo dotkneła najbliższą mi osobę, i po dziś dzień nadal nie rozumię tej choroby,i wiem że można ją zaleczyć, bo nie wierzę w wyleczenie, bo w momentach smutku i zwątpienia powraca jak bumerang…..powiem tak:bez wsparcia najbliższej rodziny i zaciągnięcia na siłę do lekarza nie chce myśleć co by było dziś….i zawsze kiedy przychodzą gorsze dni wystarczy wziąść magiczą tabletkę i czuje się ciutkę lepiej….z tą chorobą trzeba walczyć-czyt.leczyć, bo skutki nieleczenia mogą być tragiczne…..więc ludziska jak widzicie że ktoś jest osowiały i gada dziwne rzeczy to za fraki i do lekarza, bo z tą chorobą ciężko jest walczyć samemu…..naprawdę….Pozdrawiam i życzę w te jesienne szaro bure dni pogodnego nastawienia i słoneczka w sercu….

  • comment-avatar
    Monika 20 października 2012 (13:04)

    Mnie chyba coś takiego dotknęło, a kiedyś byłam ostatnią osobą, którą możnaby posądzić o depresję. Koleżanka po zawodzie sercowym powiedziała mi, że pojechała ze sobą skończyć i uratowałam jej życie, bo do mnie zadzwoniła. Dostałam kiedyś kartkę od kolegi na święta: "żebym tą swoją radością życia zarażała innych" i co? "Samotne macierzyństwo", bo mój partner pracuje za granicą, zajmowanie się dzieckiem (dość wymagającym i charakternym) 24/7 w chorobie czy nie, okrutna izolacja bo pracuję w domu a malutka często choruje i wystarczyło. A sama kiedyś dziwiłam się jak można mieć depresję? Serio współczułam, rozumiałam, ale nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, że można nie chcieć żyć. I co? I już wiem, że można. Przez sierpień i wrzesień nie chciało mi się nic, wstać z łóżka, uczesać, czasem sobie pobeczałam. Ale przyszła jesień, która zawsze na mnie działała dobrze – dałam sobie kopa w tyłek, że przecież to nie ma sensu. No trudno, nie mam chwili dla siebie na odpoczynek, ale to się zmieni; córcia dorośnie i nabierze odporności, zdecydujemy się z moim P. gdzie w końcu mieszkać razem; wrócę do biura, posadzę tyłek na 8 godzin i w końcu może przytyję (!) i będzie ok. Rozumiem już też skąd ta paskuda się bierze – z braku nadziei i wiary na pozytywną zmianę. Ale kurcze, życie jest jedno, nigdy nie wolno rezygnować z siebie. Jeszcze będzie pięknie! :)

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (12:46)

    Temat szalenie potrzebny ,Asiu ,jesteś światełkiem w tunelu ciemności . Choroba ma podłoze psychiczne ,nikt sam nie wyjdzie bez leków i terapii . Mam chocby dzisiaj z przed chwili taki stan mojej mamy ,jest pania wiekową ma 89 lat . Mieszka sama od 25 lat , zawsze bardzo zaradna zyciowo , obecnie wpada w stany dla mojego rozumku ,niepojete.Godzinami siedzi wpatrzona w punkt , nieobecna ,nieustannie sie modli , Swiat jest czymś jakby nierealnym . Ignoruje wszystkich dokola .Sama mam doła kiedy wychodzę i musze istnieć w swoim rodzinnym zyciu . Objawy : brak apetytu , bezsseność , płacz , widzi kłopoty ,których nie ma ! wiem ,ze w poniedziałek muszę jechać do lekarza .dodam ,do zadnego z dzieci nie chce pojechać ! Asienko pozdrawiam z zapyziałej wsi ,gdzie diabeł mówi dobranoc . Twoja na zawsze czytelniczka i piszaca mailowa babcia: S.)

  • comment-avatar
    GreenCanoe 20 października 2012 (12:44)

    Nie obrażam się – a dziękuję,zmieniłam to już raz w trakcie pisania tekstu, ale jak widać – jednak nie zmieniłam skutecznie. łapię się coraz częściej na tym, że mimo dość częstego pisania – nie wylapuję już tego typu błdów. Dziękuję zatem jeszcze raz.

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (12:35)

    Nie obraź się, ale proszę – zmień w tekście na "co najmniej" i "na co dzień"… A o depresji tekst potrzebny bardzo. Miałam tuż obok taką osobę. Dobrze, że w porę udało sie pomóc…

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 października 2012 (11:34)

    Temat mi bliski ,bo mam nawracające się depresje,życie nigy mnie nie rozpieszczało ,samotność i codzienna walka o przetrwanie …ale na taką głęboką depresję zachorowałam raz w życiu .Leżałam na łóżku i patrzyłam w jeden punkt na suficie i marzyłam tylko o tym,aby poczuć ból,moim "marzeniem" było iść na autostradę i rzucić się pod jakiś ciężarowy samochód ,aby poczuć ten ból,na szczęście nie miałam siły ,aby wstać z łózka ,bo samo wstanie do toalety to był wysiłek nie do opisania.Nie pamiętam jak to się stało,że trafiłam do lekarza ,dostałam leki i już po 3 tygodniach zaczęłam jakoś funkcjonować.
    Teraz też mam spadek nastroju ,może to początek depresji ,bo ona jest tak podstępna,że cieżko jest zauważyć ale teraz bardziej jest to spowodowane sytuacją w jakiej się znalazłam ,małe dziecko ,jestem zupełnie sama (rodzice nie żyją )rodziny żadnej nie mam ,straciłam pracę ,zresztą praca w mojej sytuacji i tak niewiele poprawiała naszą sytuację ,bo zarabiając najmniejszą krajową ,opłaceniu niani ,dojazdu ,nie zostawało mi ani na rachunki ,ani na życie.Od 5 lat zyję w ciągłym poczuciu zagrożenia "jak sobie poradzę finansowo "itp.nie mam zanjomych ,bo po prostu nie stać mnie na to (tak,i na znajomych trzeba mieć pieniądze ) ,bo ja nigdy nigdzie nie wychodzę ,bo mnie na to nie stać ,poza tym ,nie mam z kim zostawić dziecka ,nie mam na kawę itd.Nie pamiętam kiedy ostatni raz się smiałam ,kiedy ostatni raz choć dzień spędziłam beztrosko .Żyję ,bo mam dziecko ,które ma tylko mnie ,żyję dla niego ,co moje życie to ciągła walka z problemami ,a to finansowymi ,a to kaloryfer się zepsuł ,a to angina dopadła i resztkami sił tzreba zając się dzieckiem….przechodząc koło klepsydry mam zawsze myśli "ale im dobrze ,już mają wszystko z głowy ,mają spokój"….myślę,że w depresji bez leków nie da się obejść ,bynajmniej w moim przypadku ,kiedy nie ma się wsparcia albo kiedy bliska rodzina sama nie wie jak może pomóc ,leki to chyba najszybsza forma wyjścia z tego kryzysu ,zależy też pewnie od tego jaka jest przyczyna zachorowania ,bo jeśli sytuacja (tak jest u mnie) ,można pomyśleć o zmianie ,no ale łatwo się pisze ,bo człowiek ,który choruje na depresję po prostu nie potrafi dostrzec "światełka w tunelu".Reasumując myślę,że w depresji konieczna jest porada u specjalisty ,bo najblizsi często po prostu nie mają pojęcia jak bardzo człowiek cierpi i jak mają pomóc ,bo słowa "weź się w garść" dla chorego są najczęściej niewykonalne>Na pewno nie warto zwlekać ,bo choroba się rozwija ,no i po co się dłużej męczyć jak można sobie ulżyć szybciej z pomocą fachowców.Pozdrawiam serdecznie.

    • comment-avatar
      Monika 20 października 2012 (13:09)

      Doskonale Cię rozumiem :*** Trzymaj się, kochana

    • comment-avatar
      Anonimowy 20 października 2012 (17:33)

      Dziękuję Moniko z całego serducha i Ty się trzymaj cieplutko:)

    • comment-avatar
      Anonimowy 22 października 2012 (12:04)

      Rozumiem Cię, bo też przez to przechodzę. Tyle że nie mam dziecka i tej motywacji. Leki są bardzo ważne, ale ważna jest tez terapia żeby radzić sobie w przyszłości. Tylko nie wiem jak jest z bezpłatnymi szansami na terapiie. U mnie ich nie ma i musże bulić masę kasy… Trzymaj się. Nie jesteśmy pewnie same w tej sytuacji i jak mówi moja terazoeutka trzeba wierzyć, że to minie

  • comment-avatar
    amna 20 października 2012 (11:24)

    piekny wpis!
    musisz byc kochana osoba!
    jestem ciekawa dyskusji;)
    pozdrawiaw goraco wszystkie i nie tylko dekoratorskie duszyczki!!!

Skomentuj

Szanuję Twoją prywatność, Twój adres mailowy nie będzie widoczny.