A to KLOPS! :)

 W przedszkolu, do którego chodzi Leoś dzieciom podaje się do jedzenia parówki. I jeszcze inne „produkty”, które w ogóle nie powinny się znaleźć na dziecięcym stole. Nawet nie próbuję z tym walczyć  – bo byłaby to walka z wiatrakami. Dzięki temu, że menu Leo nagle zostało poza nami powiększone o parówki właśnie i np. pasztetową, której wcześniej nigdy w domu nie jadł, mamy z Pawłem zagwozdkę – okazało się bowiem, że synek LUBI i jedno i drugie. I przy każdej wizycie w mięsnym ze wzrokiem kotka ze Shreka prosił nienaturalnie głośno: Mamuuuuusiuuuu proszę, kup mi parówki, no kup mi parówki…. A moja odmowa generowała najsmutniejszą minę z min, oraz potępiający wzrok pań sprzedawczyń – „co za wyrodna matka, dzieciakowi durnych parówek nie chce kupić!”

Patrząc na zawiedzioną minę Leo, złamałam się ostatnio i bacznie zaczęłam przyglądać się owemu parówkowemu obiektowi pożądania, skupiając w końcu uwagę na brzmiących z nazwy najzdrowiej:):):):):) I pytam miło sprzedawczynię:
– Te parówki cielęce za 29 zł są na pewno z cielęciny albo choćby z dodatkiem cielęciny?
– oczywiście!
– chciałabym zobaczyć opakowanie zbiorcze.
– a po co pani?
– chcę jednak skład przeczytać…
… ….pani sprzedawczyni podaje opakowanie a na nalepce widnieje:
Parówki cielęce: mięso wieprzowe: 27%, mięso wołowe – 14%, skórki i pochodne mięsa wieprzowego – 32%……reszty już nawet nie doczytałam….bo nic nie miała z jakimkolwiek mięsem wspólnego…- a gdzie ta cięlecina??????? pytam.
– ………..nooo….szefowie kazali mówić, że flak jest z cielęciny….

To nie jest opowieść wyssana z palca, to moja sklepowa pogawędka z piątku:):):):):):):):):)

I powiem Wam szczerze, że tak mną wstrząsnęła owa nalepka, że w sobotę rano piekarnik pracował już całą parą. Z Leo umówiłam się ( my sobie zawieramy różne takie tam umowy synkowo mamusiowe:):), że parówki będą jedynie w przedszkolu, a w domu jemy jednak nadal to, co ugotuje mama.  A mama zabrała się za  pieczenie domowych pasztetów i KLOPS:):):) Pełen warzyw i ziół. Bez konserwantów, „pochodnych mięsa”  i innych współczesnych dobrodziejstw z masarni. Jeśli jest dobra baza mięsna, można ją przyrządzić na mnóstwo sposobów – w środku upiec z jajkiem, albo z farszem ze szpinaku i mozarelli. Następnym razem zamierzam trochę poeksperymentować. Najpierw jednak zrobiłam po prostu pieczeń z mnóstwem marchwi, pietruszki, kawałkiem selera, ziołami. Wyszła pyszna!
A co najfajniejsze – i na zimno i na ciepło ( np. jako wędlina na kanapki) może stanowić solidną bazę posiłku. A że robi się ją bardzo łatwo, dla zainteresowanych mój szybki przepis:
KLOPS GREEN CANOE
50 dag wieprzowiny (karkówki lub łopatki) bez kości, 50 dag wołowiny bez kości (ja wybieram łopatkę), 3 jajka, l spora cebula biała i jedna czerwona, 3 ząbki czosnku, 2 średnie marchewki, jedna mała pietruszka, kawałeczek selera,  4 łyżki tartej bułki,  4 łyżki oleju  – do wyboru, my akurat lubimy specyficzny posmak oleju z pestek dyni, 4 łyżki posiekanej świeżej lub suszonej natki pietruszki, 1 łyżka posiekanego koperku, 2 łyżki posiekanego lubczyku, pół małej łyżeczki gałki muszkatałowej,1 mała łyżeczka musztardy z gorczycą,  pieprz, sól – do smaku, wedle uznania.
Nie mielę mięsa, tylko siekam. Ale nie ręcznie:), a w robocie (takim z ostrzami). Oddzielnie siekam też cebulę, na bardzo drobne kawałeczki i resztę warzyw, w tym marchewkę. ( Im więcej marchwi dacie, tym więcej puści soku i klops będzie  wtedy bardziej kruchy) Posiekane bardzo drobno mięso ( wygląda jak zmielone) łączę ze wszystkimi składnikami i ugniatam ręcznie, aż wszystko się bardzo ładnie połączy, przyprawiam. Keksówkę ceramiczną wykładam papierem do pieczenia, umieszczam w niej mięso – i wio do nagrzanego piekarnika. 60 minut w 180 stopniach powinno wystarczyć.
Na zimno pieczeń jadamy bez chleba, po prostu kroję ją w plastry a jako dodatek podaję różne dipy. Ten na zdjęciu to chrzanowo twarożkowy dip z olejem z pestek dyni ( ten właśnie olej nada sosom na bazie twarożków czy jogurtów specyficznego zielonkawego kolorytu, od długiego czasu jestem jego wierną fanką:) W ogóle sporo używamy w kuchni oliw i olejów. I to na zimno. O dobroczynnym działaniu  dobrych  olejów  rozpisywać się nie będę, bo to wiemy wszyscy, prawda?  U nas jest ich w szafce cała półka:) – olej lniany, winogronowy, dyniowy, rzepakowy. Ten z pestek dyni pięknie zabarwia dodatkowo potrawy, być może jakiś sos na Wielkanoc sobie z jego pomocą zazielenicie? Lubię bardzo jego specyficzny smak – wraz  z olejem rzepakowym (ale tym prawdziwym!!! bursztynowym w barwie) to są moje czarne kulinarne konie:)
 Jeśli bredziłam coś ostatnio o wiośnie, to chyba raczej z tęsknoty niż z realiów pogodowych:):):) Zobaczcie, jaki mamy dziś widok z sypialni:) No owszem ślicznie, ale łopata do odśnieżania znów narzeka na nadgodziny:) Nie powiem…sypnęło w nocy puchem, niczym z rękawa:)
A żeby nie było, że ja tak tu tylko sobie bajam o klopsach i dywaguję o pogodzie:) ROBIĄ się sesje świąteczne i wiosenne do magazynu, praca wre pełną parą:) Dostaję od Was wiele pytań o tegoroczną kolorystykę. No cóż. Nie jest tajemnicą, że nie lubię żółtego koloru. Po prostu. Dla mnie wiosna, Wielkanoc to przede wszystkim jasna, pastelowa kiwi zieleń, plus delikatny turkus. A żółte niech sobie  zostaną kurczaczki.:)
Zamówiłam już u magicznie zdolnej Renatki misternie rzeźbione jajka do sesji. Wyszły przepiekne! :) Renatko – jeszcze raz Ci dziękuję za ogrom włożonej pracy.
Wracam już do pracy. Od wielu dni wiele godzin poświęcam wiosennemu wydaniu GCStyle.  Mam nadzieję, że tegoroczny wiosenny numer przyniesie Wam wiele radości, wiary i nadziei – taki przynajmniej mamy zamiar:) Żegnam się tak samo jak zaczęłam – kulinarnie:) Cytrynowe masło wprowadziła niecnie do naszego domu przyjaciółka domu. A ja wpadłam jak śliwka w kompot:)
Poranna kawa, maślana bułeczka z cytrynowym masłem……i można z takim turbo doładowaniem zaczynac dzień! :)
Macham więc Wam – mimo aury za oknem….z wiosennym mrugnięciem oka:)
Wasza zieloniuśka:)

ps. w związku z licznymi pytaniami o namiary na „moją” uzdolnioną Renię:):):):) i jej boskie jajkowe dzieła, podaję stronę:
http://www.facebook.com/ManufakturaJaj

 

Podziel się...Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterEmail this to someone

Dziękuję za Twój komentarz.

165 komentarzy

  • comment-avatar
    czuczu 2 marca 2013 (10:35)

    Co do oliw i olejów to ja mam szafkę pełną olejów smakowych domowej roboty :) Wszystkie robię na bazie oleju rzepakowego, ale rafinowanego – on nie ma swojego smaku ani zapachu i doskonale przejmuje smak ze wszystkiego co do niego wrzucę – rozmarynu, czosnku, chilli, skórki z cytryny… :)

  • comment-avatar
    Ameba 25 lutego 2013 (08:17)

    A ja polecam parówki od Ojców Cystersów ze Szczyrzca. W składzie mają 95% mięsa i są naprawdę pyszne :)

  • comment-avatar
    Anonimowy 22 lutego 2013 (10:58)

    Polecam http://wyrobydomowe.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?0
    Beata

  • comment-avatar
    Dreamy Alex 22 lutego 2013 (09:30)

    Jeśli chodzi o przechowywanie olejów (nie mogłam dodać odpowiedzi pod poprzednim wpisem)… Przechowywanie olejów w szafce nie służy im ponieważ w temperaturze pokojowej zachodzą procesy utleniania (zwane potocznie jełczeniem tłuszczu). W zależności od rodzaju oleju i od warunków przechowywania takie procesy zachodzą w różnym tempie… I tak np. oliwa z oliwek będzie utleniała się najwolniej bo ma dużo naturalnych przeciwutleniaczy (między innymi skwalen). Na początku efekty utleniania nie są dla nas wyczuwalne, ale powstające wówczas związki chemiczne są dla nas dość niebezpieczne (rakotwórcze!). Wiem, że przechowywanie oliwy z oliwek w lodówce jest dość uciążliwe, bo zawarta w niej woda powoduje, że robi się gęsta, ale dobrze jest trzymać w szafce niewielką ilość, którą szybko zużyjemy, a pozostałą część w lodówce lub dość chłodnym miejscu. Myślę, że to jest świetny materiał na post :) Postaram się wyprodukować coś na ten temat :)Pozdrawiam, Ola

  • comment-avatar
    Monika Pilarska 21 lutego 2013 (22:44)

    A mnie ostatnio w twarz dała śmietana, a dokładnie jej skład. Mączka cheba świętojańskiego, żelatyna to norma…bywa jeszcze gorzej.
    Pysznie wszystko wygląda. Pozdrawiam wiosennie!!

    • comment-avatar
      Anonimowy 25 lutego 2013 (18:20)

      Ja trafiłam na śmietanę pod nazwą "Emulsja tłuszczowa zakwaszona" :)))

  • comment-avatar
    Lorka 21 lutego 2013 (22:41)

    oj to ja dopiero jestem wyrodna matka..ani parówek ani szyneczek,ani nawet serków i jogurcików..za to dziecie moje wcina na sniadanie owsianke, lub razowy z pastą słonecznikową ozdobioną kiełkami.. koło południa woła,że chce koktajl różowy( a jakże mała kobietka) i juz mam dreszcze,ze jak pojdzie do przedszkola, to zaczną ją faszerować takimi smieciami..nawet jesli paroweczka ma mięso w sobie,to prócz tego mnóstwo chemii ,aby nadac jej odpowiednią konsystencje i kolor.. naprawde dziwie sie matkom,że tak łatwo dają się robić na hasła paróweczka z szynki.. wszystko co jest przetworzone..w dzisiejszych czasch mozemy miec 100% pewnosci,ze to syf…

  • comment-avatar
    Deilephila 21 lutego 2013 (13:20)

    U mnie wiosna to zpach świeżej ziemi rankiem:D Pamietam jak chodziłam do szkoły podstawowej uwielbiałam to, bo oznaczało wiosnę:)
    Mój debiut pasztetowy mam za sobą i chetnie wykorzystam Twój przepis. Czy najpierw mięso i warzywa gotujesz a potem siekasz czy odwrotnie?
    A jaja są cudne!
    Pozdrawiam również z pieknego białego świata!

  • comment-avatar
    Ewa 21 lutego 2013 (10:51)

    Z ogromnym smutkiem przyznam że w przedszkolu mojego syna jest dokładnie to samo. Najgorsze jest to że mój synek pokochał bezgranicznie paróweczki :( Staram sie jednak w domu zastępować je czymś innym. Od niedawna mieszkam na kaszubach i mam dostęp do różnego rodzaju zdrowych pyszności. Tylko co zrobić jak dziecko w mięsnym tupie nóźkami i ze łzami w oczach błaga o paróweczkę? Pozdrawiam serdecznie.

  • comment-avatar
    jaga 21 lutego 2013 (09:14)

    Asiu a gdzie jest Sanepid i tym podobne kontrole????Już dawno wiadomo że w składzie parówek i tym podobnych przemielonych cudaków znajdują się różne świństwa.
    Ja wole kupić kawałek mięsa, upiec lub przerobić ,przynajmniej wiem co jem.
    pozdrawiam
    Śliczne pisanki

  • comment-avatar
    Anonimowy 21 lutego 2013 (07:30)

    Asiu w nocy upiekłam klops wg. Twojego przepisu. Dziś po pracy degustacja. Dziękuję za przepis, Twojego bloga, poruszony temat. Ja z rodziną wyprowadziłam się na wieś 4 lata temu. Przede wszystkim, żeby zacząć zdrowo żyć, czyli też jeść. Ale nie jest to takie łatwe. Mamy swój warzywniak i jajka od kur sąsiada, masło i ser z małej mleczarni. O dobre mięso jest bardzo trudno. Dlatego ten temat jest mi bardzo bliski.
    Zima u nas prawdziwa. Dziś znów pada śnieg.Ale staram się cieszyć każdą chwilą. Twój blog zawsze ratuje mój nastrój. Dziękuję też za komentarze, bo są cenne i wiele wnoszą w mój świat. Już nie mogę się doczekać propozycji warsztatów. Mam o czym marzyć…
    Pozdrawiam Elwira

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 lutego 2013 (21:17)

    Przepraszam za jakość mojego wpisu ale komputer i klawiatura żyją każde swoim życiem,stąd te literówki ,odstępy itd.Pozdrawiam jeszcze raz AGNIESZKA:))

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 lutego 2013 (20:28)

    Pewnego razu ,szukając wskazówek renowacyjnych:)) u Ity z Jagodowego Zagajnika wpadłam na adres Twojego bloga i to dopiero był klops:)).Zawaliłam sporo roboty bo musiałam przeczytać i obejrzeć wszystko.Bardzo bliskie jest mi Twoje sielskie ,anielskie podejście do życia.Postanowiłam się dziś odezwać bo zdrowe życie i jedzenie to mój konik :)Od 7 lat odżywiam rodzinę zgodnie z zasadą pięciu przemian.Wyleczyłam ją z wielu chorób (zgodnie z chińskim powiedzeniem Niewiadomo kto był ojcem choroby,na pewno matką było jedzenie)można poprawić jakość życia nie tylko na poziomie trawienia ale i duchowym.Pozbyłam się 3o kilo które nosiłam przez 10 lat po ciąży,mąż odzyskał figurę studecką,a córka nastolatka to chodzący przewód pokarmowy.Podstawa to dobre jedzenie zrównoważone wszystkimi smakami,gotowane.Nie jadamy wieprzowiny,kurczaka(powoduje przykurcze narządów i zakwaszenie organizmu-a to daje problemy z kręgosłupem,zatokami,gardłem)Za to polecam wołowinę ,cielęcinę,jagnięcinę,gęś,idyka ,baraninę ,dużo duszonych warzyw i mnóstwo katalizatorów czyli przypraw.Ja zaczęlam swoją drogę z książkami Ciesielskiej.Gdybyś miala ochotę to możesz zajrzeć na stronę centrumannna.To nie jest żadna reklama:))ale moje życie (po raku u małej córeczki ,moim zchorowanym życiu 37 latki -ale to już było…Teraz żyje zgodnie z zasadą"Kobieta jest najwiekszą potęgą na ziemi,tylko ona może prowadzić mężczyznę tam ,gdzie Bóg mu być przeznaczył.Pozdrawiam AGNIESZKA

    • comment-avatar
      Aśko 21 lutego 2013 (21:53)

      podpisuję się obiema ręcami :))) i również polecam Ciesielską.
      pozdrawiam obie Panie, Aśko:)

  • comment-avatar
    AniaMaKota :o) 20 lutego 2013 (19:58)

    Pozdrawiam ze stolicy, a i u nas biało i codziennie jak wstaję rano żeby do pracy się jako tako ogarnąć, wydaje mi się tego śniegu coraz więcej. Niby się w dzień rozpuszcza i gdzieniegdzie znika a następnego ranka znowu jest. Magia jakaś czy czary :o)

    Co do wędlin, hmmm, "marketowe" uciekają z lodówki już drugiego dnia i jeśli mamy okazję i dobrych sąsiadów ( a mamy i to i to ) to zamawiamy wiejskie wędlinki spod Białegostoku, albo z maminej kuchni ( bo ja zdolności kulinarnych niestety nie mam ). Jak człowieka przyciśnie albo mama na wakacjach to i serek sklepowy jakoś się zje, ale masz całkowita rację że naturalne jest najlepsze i jakoś tak na żołądku lżej.

    Czekam z niecierpliwością na wiosenny numer GC i kibicuję :o)

    Pozdrawiam
    Ania

  • comment-avatar
    Magda B. 20 lutego 2013 (19:28)

    Pamiętam z dzieciństwa zapachy i smaki domowych wędlin – mam to szczęście, że wychowałam się na wsi.
    To co dzisiaj serwują nam mięsne koncerny woła o pomstę do nieba. Dlatego też staram się unikać jedzenia tych mięsopodobnych artykułów i kupować jak najbardziej naturalne wyroby, choć przyznaję, że bywa różnie.
    Na przepis na masło cytrynowe wpadłam kiedyś przypadkowo i również utonęłam :)

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 lutego 2013 (19:00)

    W Piotrkowie Trybunalskim śnieg sypie od wtorku. Co do parówek i wędlin ogólnie zgadzam się w całości. Nie ma to jak upieczone w domu mięsko. Klops z Twojego przepisu wypróbuję i masełko cytrynowe również.
    A jak się przygotowuje samemu jogurt naturalny ?
    Pozdrawiam cieplutko, chociaż na oknem bielutko !
    felamaj
    Na facebooku oczywiście polubiłam :-)

  • comment-avatar
    Ania 20 lutego 2013 (18:07)

    Nie będę trendy. Jako wyrodna matka kupuję dziecku parówki Piratki w Lidlu. Chyba są najmniej chemiczne ze wszystkich, jakie przeanalizowałam. Największym przekrętem są niby te prodziecięce Morlinki. Generalnie jednak otwarcie się przyznaję do nie analizowania składu wszystkiego co jemy.

    • comment-avatar
      GreenCanoe 20 lutego 2013 (18:32)

      No dobra :) – to jak wyznania, to ja się publicznie przyznaję do dokładnego studiowania składów:) Kolorowe obrazki i reklamy nie robią na mnie żadnego wrażenia, napisy: bio, eko, light i takie tam – też nie. Bezczelnie czytam jedynie etykiety i to też zawsze dzielę na pół.
      Nie wiedziałam że to jest trendy:):):) Jak dotąd wręcz odwrotnie – czuję sie w sklepach traktowana jak nawiedzona:):):)
      Aniu, uściski.

    • comment-avatar
      Ania 21 lutego 2013 (10:56)

      To są bardzo dobre nawyki :) i szczerze powiem, że chciałabym je mieć. :) Póki co udaje mi się przekonać męża do nie kupowania najtańszej żywności, ale są takie nawyki z domu, z którymi ciężko walczyć. Zwłaszcza, jeśli ma się od dzieciństwa wpajane, żeby nie wydawać za dużo na jedzenie. :/
      ściskam :)

  • comment-avatar
    Lili 20 lutego 2013 (15:12)

    Wszystko wygląda megasmakowicie, sklepowe parówki to niestety koszmar, na szczęście moje dziecię zawsze krzyczy bleeee na widok parówek za każdym razem, kiedy babcia próbuje go przekonać, że są pyszne, obawiam się, że w przedszkolu niestety zmieni zdanie.

  • comment-avatar
    Anna z www.dziecioblog.blogspot.com 20 lutego 2013 (14:21)

    Taaaa parówki cielęce… koło cielaków to one nawet nie leżały. Moje potomstwo niestety też lubi parówki, które małżonek z uporem maniaka kupuje. Smakowicie wygląda ta pieczeń. A robiłaś ją kiedyś z samej wieprzowiny? Pytam bo u nas z wołowiną różnie bywa – a to tylko w czwartki, a to nie ma wcale…

    • comment-avatar
      GreenCanoe 20 lutego 2013 (18:28)

      Aniu, no własnie ja sie staram wieprzowiny jak najmniej jesć. raczej jesli już to wołowina i kuraki – ale od rolników tu naszych.

    • comment-avatar
      Anna z www.dziecioblog.blogspot.com 21 lutego 2013 (20:08)

      Właśnie pieczeń Twojego przepisu siedzi w piecu. Trzymaj kciuki żeby wyszła, bo mężu wyciskał siódme poty mamrocząc pod nosem, że ostatni raz mieli wołowinę. Masz jakiś patent na wybór wołowiny, która by nie była twarda, włóknista itd? Nie bardzo chcę kupować takiego mielonego gotowca, bo zawsze mi w głowie pobrzmiewa zwrot "siekane razem z budą". Ale Ci dobrze, że masz swoich mięsnych dostawców. Właśnie się zabieram za czytanie wstecz Twoich postów i już przygotowuję plik pt: przepisy z Green Canoe. Widzę, że bardzo zwracasz uwagę na to by było zdrowo i masz wiele fajnych przepisów, o super pomysłach na aranżację wnętrz i pięknych zdjęciach nie wspomnę. Od razu mam ochotę się do Ciebie wprowadzić ;-) Jak zobaczysz obcą babę na kanapie, to nie dzwoń od razu na policję – to mogę być ja ;-)

    • comment-avatar
      GreenCanoe 21 lutego 2013 (22:32)

      Aniu – dobrze:) TYLKO trzymaj w dłoni tabliczke – OBCA BABA NA KANAPIE – to od razu będę wiedziala o kogo chodzi:):):):):)

      a co do wołowiny – kurcze, no to niestety nie jest łatwy orzech do zgryzienia. sama nie raz się dalam nabić w butelkę – bo na pierwszy rzut oka było ok, ale niestety – raz się pieniła po podsmażeniu, raz była stara jak podeszwa i twarda choć wygladała ślicznie…

      i weż tu bądż mądry….

    • comment-avatar
      Anna z www.dziecioblog.blogspot.com 22 lutego 2013 (22:08)

      :-) Możemy obie odetchnąć – nie zostaniemy zmielone razem z oporną wołowiną. Z dumą stwierdzam, że pieczeń się udała. Ty też bądź dumna droga gospocho. Dla mnie jesteś boginią kulinarną, bo prawdziwą sztuką nie jest przygotować coś stercząc cały dzień przy garach, a zrobić to szybko, smacznie i zdrowo. Już się cieszę na ten nowy wpis – kolejny przepis do wypróbowania. Dziękuję i pozdrawiam. Obca baba z kanapy ;-)

  • comment-avatar
    Malmys 20 lutego 2013 (13:17)

    Czy owa Renatka posiada bloga? Jak tak to prosze o link.
    gosia.myslinska@wp.pl

  • comment-avatar
    Czarna Biedronka 20 lutego 2013 (13:04)

    Pozwolę sobie jeszcze wspomnieć o syropie glukozo-fruktozowym. Niby nazwa niewinna, a jaki to szkodnik ! Wg badań prowadzi do otyłości, a jest już po prostu we wszystkim ! Zawiodłam się ostatnio nawet na produktach Krakowskiego Kredensu, które też go zawierają. A skład chrzanu ? Na przeciętnych sklepowych półkach chrzan zawiera tylko 30% chrzanu w chrzanie, a co oprócz tego – nawet białka mleka i inne cuda. Łosoś norweski – kolejne cudo ! Wystarczy poczytać w jakich warunkach jest hodowany, włos się jeży na głowie, sama chemia i antybiotyki. Dobra…kończę straszyć i idę upiec pasztet. Pozdrawiam – etykietowy detektyw ;)

    • comment-avatar
      GreenCanoe 20 lutego 2013 (18:27)

      o syropie od kilku lat mówi mi Paweł. ….myslę sobie jednak tak po cichu, że to walka z wiatrakami trochę…bo producenci nawet i na etykietach nie podają prawdziwych danych..

    • comment-avatar
      Czarna Biedronka 20 lutego 2013 (21:37)

      Wiadomo, że to co producent napisał na etykiecie to nie zawsze ostateczna wersja tego co znajdziemy w środku, ale jakoś wolę wybrać ten produkt gdzie w składzie syropu nie ma….a nie o zgrozo widnieje na jednym z pierwszych miejsc ;) Ale generalnie skłaniam się do domowego wypieku pieczywa, domowych smarowideł do chleba, jajek od zaprzyjaźnionego hodowcy i warzywek przyniesionych z Babci działeczki. Lada moment pewnie zacznę też wędzić wędliny w przydomowej wędzarni znajomego ;) Ehhh….jeszcze kilka lat i faktycznie przemysł spożywczy zmusi nas do zmiany profesji na działalność rolniczą ;)

  • comment-avatar
    Anonimowy 20 lutego 2013 (11:34)

    Ja do tej pory też kupowałam dla dziecka swojego winerki cielęce ale chyba przestanę je już kupować. Nie mam śmiałości by wypytywać Pań o skład parówek.
    Dziś na śniadanie mieliśmy właśnie parówki:-) Parówki z szynki firmy SOKOŁÓW. Kupione w Biedronce. Na opakowaniu widnieje informacja, że są BEZ FOSFORANÓW oraz BEZ GLUTAMINIANU SODU. 93% mięsa bije tez po oczach. Z tyłu zaś pisze: :"parówka wieprzowa, wędzona, parzona" i dalej przepisuję "Skład: mięso wieprzowe z szynki 93 %, sół, białko sojowe, aromaty, …" Pozdrawiam

  • comment-avatar
    Egretta 20 lutego 2013 (09:42)

    Asiu Droga, jeśli tylko chcesz służę przepisem i instrukcją wykonania domowych, prawdziwych parówek , które robimy z mężem odkąd nasz wnuk zaczął wodzić tzw. cielęcym wzrokiem za tym wyrobem mięsnopodobnym. Jeśli jesteś zainteresowana, skontaktuj sie ze mna na maila : egretta@vp.pl

    • comment-avatar
      Anonimowy 20 lutego 2013 (18:12)

      Ja tez chetnie poznam przepis na domowe parówki……bo co prawda sama nie lubie i dzieci nie mam ale za to mój małżonek cielecym wzrokiem czesto wpatruje sie w owe w miesnym.A ja wyrodna zona nie pozwalam…….

      Bea

    • comment-avatar
      GreenCanoe 20 lutego 2013 (18:25)

      POPROSZĘ:) Adalybys tutaj,żeby dziewczyny mogły sobie tez zrobić?

  • comment-avatar
    anne 20 lutego 2013 (09:29)

    ale długaśny komentarz napisałam – przepraszam, ale jak już zaczynam pisać o jedzeniu to nie mogę się powstrzymać ;))
    Ania

  • comment-avatar
    anne 20 lutego 2013 (09:29)

    przerażona jestem chemią w jedzeniu, czymś, co tylko coś udaje… ulubiona śmietana (do soboty, kiedy to w końcu przeczytałam skład) ma w sobie mączkę chleba świętojańskiego, kiełbasa ma wszystko oprócz mięsa… staram się czytać etykiety, kupować z głową, ale i mnie czasem zdążają się wpadki… wędliny kupuję tylko w sprawdzonym sklepie, a tak naprawdę to staram się je powolutku eliminować z naszego menu… w weekend jest czas na zrobienie pasty jajecznej, rybnej, czas na kolorowe sałatki… klops wygląda wspaniale :)) może posmakuje moim chłopakom :))
    w moim sklepie mięsnym już się przyzwyczaili, że proszę o przeczytanie tego, co jest na etykiecie :)) i na początku moje rozmowy wyglądały tak jak Twoja Asiu :)) w parówkach cielęcych brak cielęciny lub znikoma ilość, kiełbasa, która jest kiełbasą tylko z nazwy… polecam lekturę etykiet np. sera żółtego, czasem to też cała tablica Mendelejewa, śmietany własnie… dlaczego tak jest??? wiem, chodzi o oszczędność, ale ja tego nie chcę i nie mogę zrozumieć… dlatego coraz częściej piekę sama mięso na kanapki, a oprócz tego weekendy są bezmięsne, na naszym stole królują wówczas kotlety ziemniaczane z sosem pieczarkowym, czy też świeża ryba, pieczony lub smażony dorsz, pstrąg… na moim osiedlu jest świetny sklep rybny, co czwartek jest dostawa świeżych ryb z Ustki, przesympatyczny Pan oferuje flądrę, łososia, dorsza, świeże śledzie… żadnych mrożonek, żadnych pang, itp… i wiesz co, zapowiedział już, że na koniec marca zamyka interes bo nie ma amatorów na świeżą rybę… bo nie zarabia na czynsz, na prąd… to mnie dziwi, że ludzie kupują w supermarketach mrożone coś, co po pierwsze ma 25-30% glazury, czyli de facto wody, a oprócz tego tak dziwne nazwy, że nie potrafię ich zapamiętać…
    pozdrawiam
    Ania
    u nas też pięknie pada śnieg…

  • comment-avatar
    Magmark 20 lutego 2013 (08:52)

    Witaj Asiu, wracam powoli do blogowego świata. Cała prawda z tymi parówkami, ale jeśli przyjrzymy się reszcie artykułów spożywczych wcale nie wyglądają one lepiej – takie choćby konserwy rybne – ile tam dziwnych dodatków to wiem bo miałam z tym do czynienia, czasami znajdziemy inną rybkę niż oficjalna nazwa wskazuje na zawartość puszki :( ale cóż zmowa milczenia producentów i społeczne przyzwolenie na takie praktyki. Life

  • comment-avatar
    barabella 20 lutego 2013 (08:33)

    nie moge sie doczekac już wiosennego numeru

  • comment-avatar
    Galeria Dekodom 20 lutego 2013 (07:17)

    My przestaliśmy jeść parówy chyba z 10 lat temu, kiedy w gotowaniu z rozmiaru XXS spuchły do XXL:)i jakoś niespecjalnie tęsknimy. A skoro Asiu zaczęłaś o jajkach…:)Buziaki z równie zaśnieżonej Warmii:)Bea

  • comment-avatar
    dede51 20 lutego 2013 (06:43)

    no tak, parowki w sklepach nie maja wiele wspolnego z miesem…u mojej Zuzi w przeszkolu tez czesto je jedza, ale na to nie mamy wplywu niestety…trzeba czytac etykiety i najlepiej robic miesko samemu-tak jak u Ciebie :) pysznie i bardzo apetycznie to wyglada, chyba sie skusze i zrobie :) juz nie moge sie doczekac wiosennego wydania GC! pozdrawiam jeszcze zimowo :)

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (23:53)

    Ach,moze powinnas zaczac swinie,krowy I kury hodowac,bo te z hodowli tez moga byc zagrozeniem…

  • comment-avatar
    Natalijka 19 lutego 2013 (23:13)

    ja znalazłam parówki w których składzie na oko nic obrzydliwego nie ma..ale mam już mówiąc szczerze dość tego ciągłego tropienia, czytania, sprawdzania, podejrzewania- czy jedzenie w sklepach nie mogłoby być po prostu NORMALNE??? Ja na szczęście mam dostęp do zaufanych i niedrogich warzyw i owoców, wędlin nie jemy (poza nieszczęsną miłością do parówek). Klops wygląda fajnie, skorzystamy!
    a u nas w tym roku na Wielkanoc pojawi się delikatny pomarańczowy odcień- tak sobie wymyśliłam :)
    pozdrawiam i czekam na wiosenny magazyn!

  • comment-avatar
    Katka 19 lutego 2013 (22:29)

    Chyba wszystkie dzieci te parówy pożerają.Ale nie ma jak własne domowe pasztety,mięsa pieczone czy smarowidła .U mnie też napadało a tak się cieszyłam ,że wiosna a tu nawrót zimy.Kolorki moje ukochane A piękne te pisanki! napracowała się dziewczyna :)Czekam na wiosenny egzemplarz i pytam po cichutku czy ten taki do rączki pachnący z karteczkami do przewracania to będzie ?

  • comment-avatar
    Kasia 19 lutego 2013 (22:09)

    Asiu, opowieść o parówkach straszna :(
    Unikam ich, od chwili gdy znajomy, który kiedyś pracował przy ich produkcji opowiedział z czego i jak są robione :( Nie będę zdradzać szczegółów :(
    Ja od kilku lat staram się wyeliminować mięso z naszego jadłospisu. Kiedyś miałam podobne doświadczenie z wołowiną…chciałam obsmażyć mięso na patelni gdy nagle zaczęła wypływać z niego piana. Całość wylądowała w koszu i od tamtej pory nie kupuję mięsa w przypadkowych sklepach. Jak tylko mam możliwość kupuję mięso na wsi. Rosół z wiejskiego kurczaka smakuje wybornie :)
    Tęsknimy za smakami z dzieciństwa i to jest fajne, smutne jednak jest to, że coraz trudniej odnaleźć te smaki we współczesnych produktach.

    Twój przepis na klops z pewnością wypróbuję, bo akurat mam dobrą wieprzowinę ;)
    Mam nadzieję, że kiedyś wrócę na wieś i wtedy z pewnością będę miała warzywniak :)))
    Pozdrawiam z zasypanego Śląska :)

  • comment-avatar
    Babska rzecz 19 lutego 2013 (21:51)

    Ktoś napisał o paprykarzu a mnie się przypomina moja autentyczna historia kiedy będąc pod namiotami nad Bałtykiem dawno dawno temu nie miałam żadnego wyboru w jedzeniu a jako jedyna w towarzystwie nie jadłam mięsa żadnego. Rybnego też. Kupiłam więc paprykarz myśląc, że to pasztet wegetariański z papryki… odchorowałam mocno bo jeszcze wtedy nie zwracałam uwagi na etykiety. Czy ktoś może mi wytłumaczyć dlaczego ta breja z resztek rybich nazywana jest paprykarzem? MASAKRA…

  • comment-avatar
    Miss Foch 19 lutego 2013 (21:38)

    Od dziś nie tknę nigdy żadnej parówki, chyba, że będę umierać z głodu na pustkowiu, a to będzie jedyna rzecz którą mam przy sobie do jedzenia :)
    Pasztet wygląda przepięknie… właśnie też ostatnio chciałam zrobić, ale nie mogłam znaleźć ciekawego przepisu… a Twój brzmi super! Będę działać :) Dziękuję!

  • comment-avatar
    Dorota 19 lutego 2013 (21:22)

    Gratulacje kulinarne! Powiało wiosną. Zapraszam do obejrzenia mojej galerii pisanek. Pozdrawiam. Dorota

  • comment-avatar
    GAJA 19 lutego 2013 (21:16)

    Wejdź, na sekundkę, zobacz jakie cudeńka dostałam za wiersz o konkursowym reniferku. Zrewanżowałam się darmową reklamą, bo fundatorzy nagrody tego warci.
    Dzieci lubią takie jedzenie, bo nie muszą wysilać uzębienia, tak mają. W szkole poprosi jeszcze o paprykarz szczeciński, gwarantuję.

  • comment-avatar
    Doranma 19 lutego 2013 (20:42)

    Wcale mnie ta pogadanka w sklepie nie zdziwiła :) Fajnie rozwiązałaś sprawę z Synkiem,rozumiem, że mu bardzo zasmakowało, bo to co tam wkładają do środka ma właśnie takie zadanie – przez węch pobudzać łaknienie. Dobrze by było gdyby rodzice mieli wpływ na to, co podają jeść w przedszkolu :( Ostatnio miła pani w sklepie benedyktyńskim uświadomiła mnie, że na sprzedawcach spoczywa obowiązek wystawiania w gablotach przy każdej wędlinie, także tej na wagę, etykiet z dokładnym składem. Jeśli ich nie ma, to trzeba się domagać informacji. Sama od kilku lat kupuję tylko tam, gdzie wiem co sprzedają. Czasami pozwalam sobie na kawałek aromatycznej kiełbaski, jeżeli ma ponad 90% mięsa, bo to zapach który działa na mnie, jak parówki na Twojego Synka ;)Poza tym stawiam na domowe pieczone mięsa i pasztety warzywne. Jeżeli chciałabyś spróbować pasztetu z soczewicy/cieciorki/fasoli, to przepis podawałam kiedyś tutaj: http://podniebemszerokim.blogspot.com/2012/07/po-poscie-cieciorka.html – zapraszam :)O zaletach strączkowych przekonywać Cię nie muszę, a przepis ten rozszedł się już szerokim kręgiem wśród moich znajomych, co chyba jest dobrą rekomendacją. Pozdrawiam :)

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (19:39)

    A ja sie BUNTUJE!Dosc juz mam tego nabijania w butelke przez producencikow wszelakich!Na kazdym kroku szpikuja nas swinstwami chemicznymi pochodzenia niewiadomego!
    Chce jesc swiadomie, chece jesc zdrowo i jest to nie lada wyzwanie!I owszem wiem ze ciezko jest wyeliminowac cała ta chemiczna bombe, bo to zwierzeta nie wiadomo czym karmione, owoce warzywa nie wiadomo czym pryskane, ale chocbym miala spedzac godziny na studiowaniu etykiet, chocbym miala chleb domowy piec po nocach, i farmę własna prowadzic na kilku metrowym ogródku to bede JESC SWIADOMIE!
    A własciwie to nie tylko na jedzeniu moja walka sie konczy!Bo to co dodaje sie do kosmetyków…..o zgrozo!!!!…przyprawia mnie o dreszcze.

    Wsród moich znajomych czuje sie jak odmieniec, nie chodze do McDonalda(i nigdy nie chodziłam!!!),godzinami w kuchni przesiaduje, nawet kupujac mąke w sklepie trzykrotnie ja studiuje.I nie, nie pobadłam w obsesje(bynajmniej jeszcze nie ;))) ale nie ufam niczemu co na półkach sklepowych stoi.

    A co do parówek…teks na fb zwyczajnie mnie rozbawił, ale tak naprawde to nie jest zabawne ale przerazajace!Sama parówek jako dzieciak nie znosiłam poprostu i uraz z dziecinstwa na szczescie został mi do dzisiaj.

    Pozdrawiam Gorąco

    Bea

  • comment-avatar
    Paulina L 19 lutego 2013 (19:24)

    O matko z corką! Jutro klops na obiad bo nigdy go nie robilam.
    Pozdrowienia serdeczne na zielono

  • comment-avatar
    Ondrasza 19 lutego 2013 (18:51)

    Nie ma to jak domowe jedzenie:) Ja tez staram się jak mogę robic sama wszelkie wyroby (szynki piekę i pasztety klopsowe robię na przykład) i uważnie czytam etykiety. Nie do przecenienia są też wszelkie weki z letnimi i jesiennymi zbiorami. Ale Ty też je robisz, więc wiesz jakie to bezcenne:) Mój syn je "domowo", mam nad tym kontrolę. Jednak siła tłumu rówieśników na każdym wspólnym wyjściu czy wyjeździe jest nie do przecenienia: chipsy, chrupki, cola, żelki, ciągutki, farbowane niewiadomoco….no i żołądkowy zawrót głowy gotowy:( …Moja smycza:) okazuje się za krótka, młodzież powoli się z niej urywa:) Sam nieraz przyznaje, że popełnił błąd, że cierpi na własne życzenie…no ale musi poczuć widać na własnej skórze…i to nie raz, nie dwa – aż do skutku:)
    Pozdrawiam.
    PS.Czarowałam ostatnio u siebie wiosnę, kiełki krokusów, tulipanów…dziś i u nas sypnęło mokrym śniegiem po pół łydki. Jedyna pociecha, że po południu wyszło najprawdziwsze SŁOŃCE:):):)

    • comment-avatar
      GreenCanoe 20 lutego 2013 (18:24)

      nastolatki mają swoje prawa:) Ale dobrze, że tak jak mówisz- syn sam widzi że jest AKCJA I REAKCJA:) skutek znaczy się:0
      uściski Ondraszko:)

  • comment-avatar
    bajowka 19 lutego 2013 (18:46)

    Parówki to zmora wielu osób, a dzieci faktycznie je uwielbiają, jednak można znaleźć takie, które nie zawierają mom i mają nawet około 95% mięsa, mi osobiście udało się takowe znaleźć, jednak to nigdy nie zastąpi tego co same zrobimy w domu. Twój domowy pasztet wygląda bardzo smakowicie, chyba sama zabiorę się za takie pichcenie;) A teraz już nie zawracam głowy, bo z niecierpliwością czekam na nowy GC:)

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (18:39)

    A jak się nastawia jogurt naturalny – bo nigdy o tym nie słyszałam,a jogurtów jemy dużo więc chętnie bym to zrobiła. Ila

    • comment-avatar
      ZABAWY SENSORYCZNE 19 lutego 2013 (20:00)

      To ja się dołączam do pytania:)
      Magda

    • comment-avatar
      Doranma 19 lutego 2013 (21:19)

      Nie wiem, jak robi to Asia, ale jeśli mogę, to podpowiem – do litra mleka wkładamy jeden jogurt naturalny (sklepowy lub domowy od znajomych), mieszamy i w naczyniu przykrytym ściereczką odstawiamy w temp. pokojowej – następnego dnia jest już gotowy do jedzenia. Odkładamy pół szklanki, by wymieszać ją z kolejną porcją mleka, a resztę zjadamy ze smakiem, np. miksując z owocami i słodząc miodem :)Należy go zużyć w ciągu 48 godzin. Można też kupić grzybki jogurtowe, ale tych nie próbowałam.

    • comment-avatar
      Anonimowy 20 lutego 2013 (11:41)

      parę lat temu robiłam jogurt identycznie jak pisze Doranma (tylko mleko chyba gotowałam – ale nie powiem na 100%)
      Ostsatnio kupiłam jagurt 0% tłuszczu – mąż skomentował – to chyba ma duzo gipsu, bo taki gęsty.
      Malina52

  • comment-avatar
    katrin.deco 19 lutego 2013 (18:35)

    A co Wy na to,że w Niemczech jest afera z mięsem końskim!!!!( Stara konina)
    W różnych gotowych potrawach było zmielone mięso końskie( lasania, sosy do spagetti, mrożone kotleciki, ravioli ) szok. Dobrze ,że tego nie kupowałam. Mięso mielę sama. Gotuję ekologicznie. Swoje warzywa, owoce i jajka. Pieczemy swój chleb i robimy tysiące przetworów. Kartony z pustymi słoikami wędrują na strych, a w sezonie jest wielkie słoiczkowanie na zimę. Niektórzy się śmieją,że sobie dokładam pracy ale przynajmniej wiem co je moja rodzina.
    Pozdrawiam
    Kaśka

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (18:23)

    Powiem jedno: zolty dziala na mnie jak PLACHTA na BYKA ! jak ktos ma zolte sciany jestem w rozpaczy, bo nie moge sie skupic…kolor zolty kojarzy mi sie z omdleniem! Naprawde… Moja mama go bardzo lubi. Bedac u niej przebywam wylacznie w pokoju niebieskim, bo w "zoltym" trace kontrole nad emocjami! miesko tez tak pieke i jest naprawde pyszne, a z parowami taki problem, ze moje dziecie LUBI, ale tez staram sie nie kupowac. Licho wie, co tam jest w srodku. Pozdrawiam..Izabela.

  • comment-avatar
    reni 19 lutego 2013 (18:11)

    Witam. Dziękuję za kolejny ciekawy wpis i piękne zdjęcia. Dodam, że również doceniamy samodzielnie przygotowywane pieczone mięsa na zimno do wieloziarnistego chlebka – schabik i ostatnio karczek pieczony delikatnie musztardowy. Nie ma porównania do kupnych, które notabene mają wszystkie taki sam smak. Pasztet robiłam na święta. Pozdrawiam

  • comment-avatar
    ZABAWY SENSORYCZNE 19 lutego 2013 (17:59)

    O, jak fajnie, że jesteś:)
    Co do parówek, też kiedyś zagłębiłam się w skład, to chyba było po programie "Wiem co jem" w TVN Style, i od tamtej pory tak mnie skutecznie odrzuciło, że teraz omijam szerokim łukiem. Parówki to jeszcze nic (każdy mniej więcej wie, co tam jest), ale uwierz mi, jakim zaskoczeniem był dla mnie skład szynki "ekologicznej" – mięsa w tym mięsie było naprawdę niewiele, a poza tym duuużo E. Cóż, żeby być pewnym co się je, trzeba to sobie samemu przyrządzić, ale i tu nie ma gwarancji, bo przecież, tak naprawdę, nie wiadomo, jakiej jakości jest to nasze mięso… Mój brat z żoną kupili sobie szynkowar i chyba też tak zrobię, bo szynka z niego, a zwłaszcza mielonka (z czosneczkiem, majerankiem i in. ziołami) jest przepyszna. Przygotowanie też całkiem proste. Przyznam, że pasztetu nigdy nie robiłam, zawsze sądziłam, że to, jak dla mnie, wyższa szkoła jazdy, ale teraz takiego mi smaka narobiłaś, że spróbuję;)
    Pozdrawiam,
    Magda

  • comment-avatar
    iska_k 19 lutego 2013 (17:58)

    No takie niestety nam czasy nastały, że boimy się kupować w sklepach i to wszystkiego, nie tylko produktów mięsnych. U mnie niestety też parówki są bardzo lubiane, starałam się zawsze kupować takie, gdzie skład jest min. 60% mięsa, chociaż jak wiadomo opis można sobie dawać … Ale przepis jest super, jak tylko znajdę chwilę czasu to wypróbuję :)

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (17:53)

    Niestety przemysł wędliniarski przerabia wszystko,a i ludzie zjedzą wszystko, no może poza tymi, którzy świadomie dokonują zakupów.
    Parówki, pasztety, to przerobione odpady, które też można sprzedać.
    Ja swojemu dziecku kupuję od czasu do czasu parówki sojowe, które można dostać w kilku wariantach smakowych, poza tym sama wypiekam pasztety warzywne, czasami z fileta indyczego, z hodowli naturalnej, lub takiegoż kurczaka, ponieważ te dostępne w sklepach, fermowe, są naszpikowane hormonami, co do wieprzowiny jest ona jednym z najgorszych rodzajów mięs, zwłaszcza dla małych dzieci, ponieważ wg.znajomego lekarza naturalisty,zawiera adrenalinę, która przyczynia się do nadpobudliwości,a ponadto niszczy wątrobę.
    Serdecznie pozdrawiam i byle do wiosny! Maddu

  • comment-avatar
    Maryś 19 lutego 2013 (17:45)

    O, my się ostatnio w pasztecie sojowym zakochaliśmy z marchewką. Historia z parówkami cielęcymi jakaż prawdziwa. Długo jeszcze zakorzeniona małymi kłamstewkami nasza historia plotła się będzie. Wiesz, przypomniałaś mi jak młody był jeszcze bardzo tyci – nie znał cukru, ani cukierków żadnych. W sklepie oczy mu się świeciły za owocami – wszelkiej maści i kolorów. Z dala od babć mieszkaliśmy. A jednak Babcie nas odwiedziły "jak to tak herbatki dziecku nie posłodzisz", "cukiereczka nie dajesz"? – A no nie daję, a nie słodzę – co więcej – smakuje ;)
    No ale minęło czasu troszkę i spacerów w tym do sklepu Babci i wnusia. I okazało się, że już oczy mu się świeciły za cukierkami w każdej gablotce – że też one są zawsze na tych niższych poziomach umiejscawiane!
    No to się rozgadałam. Zmykam. Ściskam – polubiłam na FB jeszcze jak było "nieoficjalnie" hihihi

  • comment-avatar
    ania 19 lutego 2013 (17:45)

    Asiu, błagam o przepis na lemon curd… To bardzo ważne…

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (18:21)

      Aniu, to masło na zdjęciu to prezent. Nie zrobiłam go sama, dopiero będę się zabierała za samodzielne robienie. A przepis tak na szybko:

      •60 g masła
      •1 jajko
      •1,5 łyżeczki drobniutko startej otartej skórki z cytryny
      •2 łyżki soku z cytryny lub limonki •pół szklanki cukru

      Masło rozpuszczamy a potem studzimy. Dodajemy roztrzepane jajko, cukier oraz skórkę i sok z cytryny. Miksujemy wszystko razem. Masę wkładamy do miseczki – i gotujemy w kąpieli wodnej. Masa powinna zgęstnieć.Po ostudzeniu jest gotowa do jedzenia:)
      Ten przepis pochodzi z poniższego bloga, trochę zmieniłam jednak proporcje.
      http://www.blok.koty2.com/domowe-maslo-cytrynowe/

    • comment-avatar
      ania 19 lutego 2013 (23:33)

      Dziękuję… już zrobiłam :-)) Co za pychotka…

  • comment-avatar
    Meis Ideis 19 lutego 2013 (17:45)

    Wykasowałam co miałam napisać, bo emocje mnie za bardzo poniosły. Ale już ochłonęłam i nie chcę się więcej denerwować. Więc skupię się na tej nadchodzącej wiośnie i nowym numerze GCS – CZEKAM Z NIECIERPLIWOŚCIĄ, bo zapowiada się smakowicie dla oka i podniebienia:))
    Muszę poszperać, bo kiedyś widziałam u Ciebie przepis na pasztety wegetariańskie, miałam wypróbować i zapomniałam.
    Idę szukać,
    uściski z niemniej zasypanego wschodu,
    Marta

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (17:19)

    A czy można prosić o namiary na Panią Renatkę od pisanek? Chciałabym wysłać na święta zagranicznym znajomym pisanki, a sama niestety nie mam talentu do zrobienia. Pozdrawiam serdecznie!

  • comment-avatar
    marzycielka 19 lutego 2013 (17:19)

    Faktycznie parówek nie można zaliczyć do najlepszych ale nie popadajmy w paranoje, ciągle tylko słyszymy o zdrowej żywości o tym co jeść, a czego nie, teraz na topie jest wszystko z napisem "eko" co do końca też nie jest eko. Ostatnio oglądałam program jak dzieci z ubogich rodzin chodzą na wysypiska śmieci, i zjadają resztki, które tam znajdą, chyba powinno nam to dać do myślenia. Czy takie ograniczanie dzieci w kwestii jedzenia jest dobre? Słodyczy nie, chipsów nie, chleba białego nie, masła nie, itd Pasztet robiłaś sama, ale czy z mięsa z własnej hodowli? a skąd mamy wiedzieć w jakich warunkach było hodowane to zwierzę, i czym karmione? Moim zdaniem to jest zamknięte koło. Pozdrawiam

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (18:01)

      Paranoją, jak dla mnie jest nazywanie cielęcymi parówek, które obok cielęciny nie leżały nawet….I to, że w wędlinie potrafi być 40 procent mięsa a reszta to "tajemnica szefa kuchni"
      Bieda i głód był na świecie od zawsze marzycielko. Czy fakt szukania jedzenia przez dzieci na śmietnikach ( tak swoją drogą, gdzie są ich rodzice?????)oznacza, że ja mam nie zwracać uwagi na to, co podaję do jedzenia swojej rodzinie?
      .
      I jak najbardziej – wyrzucenie z diety dziecka czipsów, magicznych parówek z pseudocielęciny, naszprycowanych chemią słodyczy – jest według mojej opinii jak najbardziej dobre. Ale jeśli Ty uważasz inaczej i swoim dzieciom podawałaś czy podajesz takie jedzenie – to Twoja indywidualna sprawa. Absolutnie nie mam zamiaru bawić się w "dobrego" i "złego". Każdy wychowuje własne dzieci i je karmi wedle swoich założeń i zapatrywań.
      Mnie szokuje jednak fakt, jak drastycznie w ostatnich latach zwiększył sie procent dzieci chorych na nowotwory….i to malutkich dzieci….Skoro sami lekarze głośno mówią o ogromnej roli pożywienia na rozwój dziecka i apelują o powrót do zdrowego odżywiania – ja tylko się mogę z nimi zgodzić. I jak tylko mogę, oraz na ile mogę staram się, byśmy jedli najzdrowiej jak się da. Pewnie – nie będę miała hodowli zwierząt, ale np. mogę mieć własny warzywniak i kontrolować jakie warzywa jemy i na jakiej glebie rosły. To mogę – więc to robię. Mogę nie dawać synkowi
      pseudo jogurtów na żelatynie z ogromną ilością cukrów – i to robię. Mogę sama nastawic jogurt naturalny, i na jego bazie robić pyszne desery z owocami – więc to robię. Bo CHCE mi się.
      I wcale nie oznacza to, że raz na ruski rok nie zjemy sobie frytek:).

      Zgodze się z Tobą co do jakości mięsa. Ostatnio kupiłam wołowinę, która zaczęła sie w trakcie obsmażania PIENIĆ….i nawet dalej nie skomentuję.

    • comment-avatar
      marzycielka 19 lutego 2013 (19:09)

      Po prostu denerwuje mnie to, że gdzie by człowiek ucho nie przyłożył tam ciągle tylko o zdrowym odżywianiu, a prawda jest taka, że tak jak piszesz jeśli sami czegoś nie wyprodukujemy, wyhodujemy to nie ma mowy o zdrowym jedzeniu. Jajka i mleko mam w 100 % z pewnego źródła, i to tyle resztę muszę kupić w sklepie jak większość z nas więc trudno mówić o zdrowym odżywianiu. Słodyczy nałogowo nie jadamy, ale nie zaprzeczę, że jak najdzie nas ochota to sobie zjemy :))

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (19:14)

      ….tak, tez to zauważyłam:0 na każdym towarzyskim spotkaniu ludzie po jakims czasu zaczynaja psioczyc na jedzenie. Ale tak sobie mysle, że gdyby nie było ku temu powodu – to by nie tęsknili za tym normalnym.
      Ech te grzeszki słodyczowe:):):):) a któz z nas nie grzeszy od czasu do czasu:):):0

      co do sklepów eko – mysle, że niezły biznes ludzie zaczynają na tym EKO lub czasami pseudo EKO zbijać. Kupujemy tu ogórki z ekologicznego gospodarstwa obok nas. Dokładnie te same ogórki w Warszawie kosztują 7 zł za kilogram ( ja je kupuję za 2 zł:):):):):)

  • comment-avatar
    anna studio 19 lutego 2013 (17:09)

    Cóż mogę powiedzieć…:(
    Smutne…tragiczne…?!
    Ja moją ostatnią parówkę zjadłam….jakieś…34 lata temu…
    w przedszkolu ;)
    Ta moja przygoda z parówką zakończyła się…jakby to ująć…
    wielkim sprzątaniem podłogi…
    Organizm sam się obronił…;)
    Pozdrawiam i zmykam wypróbować Twój pasztet ;)

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (16:50)

    U Ciebie to chociaż puch sypnął, u nas – ciężki, mokry śnieg. Trzeba było nie tylko podjazd odśnieżać, ale i … odciążyć nadmiernie kłaniające się rośliny, zwłaszcza iglaki. Co do pieczeni- uwielbiam taką waśnie wersję: na ciepło lub zimno. Sama też często robię taką "domową wędlinę" – jakoś nie bardzo przemawiają do mnie te identycznie wyglądające szynki, polędwice, szlachetne kiełbasy…

    Baaardzo lubię tu przebywać :)
    Pozdrawiam
    Aneta B.

  • comment-avatar
    vivi22 19 lutego 2013 (16:39)

    ja w kwestii pasztetowej. Mamy w domu problem z głowy bo dziadek (tata mojej taty), który mieszka w Żywcu :) sam robi wędlinę i inne takie jedzenia :) U nas często na stole gości pasztetowa, salceson, kiełbasa, szybka. Nie ze sklepu a własnej roboty. A smakują tak, że gdy się kończą to każdy w lodówce szuka jeszcze choćby kawałeczka :) No i dziadek robi przepyszną kiszkę kaszaną i bułczaną. Jadła któraś z Was kiedyś kiszkę bułczaną? Mniam, mniam, mniam…

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (18:10)

      oddawaj dziadka!!! :):):)

    • comment-avatar
      Anonimowy 20 lutego 2013 (16:10)

      Mocna odpowiedź !!! :)))
      Renia z Mostów

  • comment-avatar
    MILOprojects 19 lutego 2013 (16:37)

    Witam, jestem gosciem na twoim blogu od bardzo niedawna, ale juz nie moge sie bez niego obyc…jest piekny, bardzo ci za niego dziekuje! A poza tym zrobilam twoje cytryny w rumie – rzeczywiscie fantastycznie pachna!:) Teraz wezme sie za pasztet, bo moze uda mi sie wcisnac troche warzyw mojemu 2-latkowi:
    Pozdrawiam
    Agnieszka

  • comment-avatar
    Myszka 19 lutego 2013 (16:06)

    Historia z parównkami normalnie jak z filmu.
    Ja piekłam pasztet z mięsa i warzyw z rosołu – pycha!
    Jajka w piórkach śliczne:)

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:46)

      z filmu, jak z filmu:) jedno jest pewne – panie zza lady patrzyły na mnie jak na nawiedzoną…bo w końcu po jaką cholerę chcę wiedzieć co ma jeśc moje dziecko???, nie????
      :):):)

      Myszko – uściski!

  • comment-avatar
    jolanda 19 lutego 2013 (16:03)

    I tak powiało wiosną, bo Ty wiosnę nosisz chyba w sobie.

    Pyszności, zabrakło, jak dla mnie, bułeczek drożdżowych z cynamonem.

    Małżonek piecze ziemniaczki ziołowe na oleju z pestek z dyni. Kiedyś przywoziło się go z Austrii czy Niemiec.

    Serdeczności z zasypanych śniegiem Mazur (pada non stop drugą dobę !!)

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:44)

      Noszę, noszę:):):)

      A jak te zmieniaczki dokładnie robicie?? Zdradzi małzone tajemnicę?

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (15:53)

    Jejciu jak ja tu uwielbiam wchodzić, czytać Cię… a oglądać cudownie..:):) na pewno spróbuję tą pysznie wyglądająca pieczeń jak i bacznie będę obserwować po sklepach czy olej z pestek dyni się tam pojawia. Z wielką ochotą go spróbuje bo nie miałam nigdy okazji. I czekam na wiosenne wydanie GCstyle jak i wielkanocne inspiracje jakie dla nas szykujesz:)
    Pozdrawiam cieplutko
    Patrycja.F

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:43)

      Pati, olej znajdziesz nawet w tesco. albo w sklepach z eko zywnością.

  • comment-avatar
    Niezapominatka 19 lutego 2013 (15:48)

    No to mnie zachęciłaś. Mąż dostał listę zakupów i właśnie wtachał parę toreb do domu, a w tym składniki na Twój pasztet :)
    A co to za urocze, kratkowe mieszkanko dla tego pulpeta? Papier, materiał? Cóż to jest ? :)

  • comment-avatar
    lo 19 lutego 2013 (15:41)

    Flak z cielęciny mnie zachwycił. Rzeczywiście to zapewnia parówkom prawo nazywania ich cielęcymi ;). A olej dyniowy też należy do moich faworytów. Swoją drogą będę o nim pisać wkrótce na blogu. Po pobycie w Styrii (krainie tego oleju) używam go ostatnio bardzo często. Ps. dobrze się wstrzelę w Twoje wiosenne kolory.

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:40)

      :):):) a w to akurat wierzę, że sie wstrzrzelisz:)
      olej dyniowy skradł moje serce!:)A łaczyłas go z octem balsamicznym????
      dobra, bo zaczynam się robić głodna:):)

    • comment-avatar
      lo 24 lutego 2013 (19:49)

      Łączę, codziennie.rano. Sałata i inne warzywa do pudełeczka, a ocet balsamiczny i olej dyniowy do słoiczka i w drogę do pracy.

  • comment-avatar
    making baking and creating 19 lutego 2013 (15:08)

    Apetyczny post:). Na masełko cytrynowe mam chrapkę i czekam na przepis w nowym numerze GC. Kiedyś nie przywiązywałam specjalnej wagi do przysłowiowych etykiet, ale od kiedy mamy córeczkę wczytuję się w nie namiętnie.
    Taką pieczeń to przysmak także i mojej rodziny. Ja do środka wzdłuż wkładam kilka słupków marchewki i po pokrojeniu w plastry wychodzi piękna mozaika.

    • comment-avatar
      Anonimowy 19 lutego 2013 (15:36)

      przepraszam,ze znowu sie do kogos musze "podczepic"-nie wyswietla mi sie okienko komentarzy :)
      mieszkam w Skandynawii,w kraju w ktorym parowki sa na porzadku codziennym i uwaza sie chyba za "zdrowa zywnosc" :)))))))))))))
      moje dziecko chodzilo tylko rok do przedszkola i tam na specjalne okazje podawano parowki (bo generalnie w przedszkolu dziecko je to co przyniesie w pudelku z domu). wszyscy bardzo zdziwieni,ze moje dziecko ich NIE JE.na kazdych urodzinach-parowki :) moje biedne,wyobcowane dziecko prawie po roku zaczelo je jesc. w domu kupujemy tylko kurczakowo-indykowe. rzadko :)))))))))

      tez nie lubie zoltego…bedzie pastelowo.jak co rok. turkus byl na Boze Narodzenie :)))))))

      my tez mamy taki snieg za oknem! a w niedziele mialam na nogach po raz pierwszy w zyciu biegowki!

      pozdrawiam
      Aska

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:39)

      Nasi bardzo dobrzy znajomi tez maja turkusową fioletowa choinke – i super wygladała:)
      pozdrawiam Cię Asiu mocno!

    • comment-avatar
      Anonimowy 20 lutego 2013 (09:11)

      choinke,fakt-mielismy fioletowo-bialo-srebrna :) bo lepiej pasowala do musztardowych scian :)))))))))
      turkus panoszyl sie gdzie indziej…
      przeczytalam dzis wszystkie komentarze, jakie to smutne,ze najwazniejszy jest pieniadz wyciagniety od konsumenta. ale to chyba, niestety, cena za postep. kiedys kupowalo sie zywnosc lokalnie,jablka byly odmian "zimowych" a nie przyjezdzaly w kontenerach z Nowej Zelandii. jestem "uzalezniona" od jablek,ale ze smutkiem zauwazam,ze nastepne pokolenia nie zwracaja uwagi na gatunki-tylko na kolory. pokolenie obrazkowe……
      pozdrawiam
      Aska

  • comment-avatar
    Kama 19 lutego 2013 (15:01)

    Nie no, nieźle z tymi parówkami :D Nie wiemy, co jemy :) Ech :)

    A Twoje jedzonko apetyczne <3

  • comment-avatar
    Ola Santa 19 lutego 2013 (14:34)

    Jeść :)!!! A co do parówek… moje dziewczyny również lubią.Kupuję jedynie te z szynki ale i tak z ostrożnością je podaję…

  • comment-avatar
    asia 19 lutego 2013 (14:11)

    Asiula sa takie parówki co sie nazywają z szynki, nie pamiętam niestety producenta. ale patrząc na skład to jest podan 80% tej szyny :)
    paszteto yummy aż ślinka leci, uwielniam i pozdrawiam zza firany ze śniegu..

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:38)

      dziekuję!! i tez pozdrówka!

    • comment-avatar
      Anonimowy 19 lutego 2013 (23:59)

      To,ze jest podane nie znaczy wcale ze tak jest.Zachowajmy zdrowy rozsadek.Parowki jedzone z uniarem nikogo jeszcze nie zabily.A nawet jak w parowce bedzie 100% miesa,to tez nie wiadomo jakiego pochodzenia.

  • comment-avatar
    Ewelina 19 lutego 2013 (14:11)

    Aż mi ślinka pociekła na widok Twojej pieczeni :)
    A jajeczka w wersji kiwi i turkus – cudne!

  • comment-avatar
    agnie szka 19 lutego 2013 (14:04)

    Usmiałam się z tych parówek…:))) u nas ten sam dylemat…
    Piękne kolorki mimo zimy za oknem:)) jajka piękne wyszły, myślę, że girlanda będzie ładnie pasowała:)))))
    Daj znać Asiu czy paczki dotarły w całości, bo się martwię…. Pisałam dziś też maila, żeby Cię uprzedzić;)))
    Ściski serdeczne***

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (14:01)

    A mnie zaintrygowało to masełko cytrynowe ;-)

  • comment-avatar
    speckled fawn 19 lutego 2013 (13:59)

    ale jaja ;) ślicznie. ja robiłam ostatnio troszkę inne i "nowatorskie" wersje :P
    http://www.speckled-fawn.blogspot.com

  • comment-avatar
    Avrea 19 lutego 2013 (13:58)

    szkoda słów na temat wedlin czy parówek ala cielęce ala drobiowe…eh
    klopsik chetnie sama zrobie :)
    pogodda brr wiosny nie widac ;)
    śliczne jajeczka
    pozdrawiam
    Ag

  • comment-avatar
    vintage atelier 19 lutego 2013 (13:53)

    Uwielbiam klops moja córcia również więc w weekend będzie klops z Twojego przepisu Kochana. Co do wędlin w sklepach to ja też jestem załamana np.tzw parówki cielęce to nawet koło cielęciny nie stały za to świństw chemicznych mnóstwo, ale niestety masz rację dziecko idąc do przedszkola zaczyna uwielbiać te wszystkie wynalazki, których w domu mu się nie daje z wiadomych względów. wiem to po swojej córci, ale damy radę, po prostu też nie kupuję takich rzeczy. Pozdrawiam Cię serdecznie i już nie mogę się doczekać wiosennego wydania GC Style. Buziaki.

  • comment-avatar
    Anutek 19 lutego 2013 (13:50)

    Jak zwykle Asiu ciekawy, wciągający post i śliczne zdjęcia. Pisanki fenomenalne :) Ja również nie jadam parówek, boję się tego co w nich zawarte, zwłaszcza że cała zawartość jest dokładnie zmielona. Kiedyś oglądałam program o prawdziwych parówkach (100% mięsa) wyrabianych wg starych receptur i ponoć takie można jeszcze znaleźć w małych firmach masarskich specjalizujących się w wędliniarstwie naturalnym. Niestety kilogram takich parówek kosztuje min. 40 zł. Ale jak już kupować, to lepiej 1 taką niż kilkanaście pseudoparówek po 5,9/kg. Ps. ja również poproszę o przepis na cytrynowe masełko. Cieplutko pozdrawiam!

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:37)

      zgadzam się z Toba w 100%. też wolę kupic drożej a mniej. ale za to zdrowsze.

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (13:48)

    WSZYSTKO JAK ZWYKLE SUUUPEERRR!
    a można poprosić o namiary na te piękne jajeczka,
    pozdrawiam Zojka

  • comment-avatar
    lore-mia 19 lutego 2013 (13:48)

    WSpaniale zdjecia:)
    U mnie dzis rano tez "zaskoczyla" zima :))
    Nawet chyba i drogowcöw ,bo auto do zgarniania sniegu lezalo rano w .. rowie.
    Co do paröwek..möj tesciu robi wyroby..wiec wiem co tam jest…a w sklepie
    to juz calkiem wrzucaja wszystko..
    Ja nie kupuje paröwek..nawet maslo robie sama.Twoj paszczecik röwniez wyprubuje:))
    Pozdrawiam:)

  • comment-avatar
    craftomania 19 lutego 2013 (13:45)

    piekna pastelowa zapowiedz nadchodzacej wiosny!!i pasztet cxy klop cos co uwielbiam z buraczkami z chanem albo barszxem albo pajda chleba z maslem ale mi smaku narobilas:-) a co do parowek to gdybys chciala jednk podac je w domu to polecam Ci te z Biedronki lub Lidla nie pamietam producenta bo zawsze sprawdzam sklad zarowno jedne i drugie maja powyzej 90% miesa (bodajze odpowiednio 93 / 97% ) :-)

  • comment-avatar
    Dag-eSz 19 lutego 2013 (13:41)

    Przyjdzie czas i na wiosnę ;) u mnie lodowisko na zewnątrz, jednego dnia napadało deszczu na śnieg a dzisiejszej nocy był mrozik…

    A co do mięs… no nie jestem mięsożerna ;) (no oprócz ryb) ale niestety mając dziecko będę musiała zwracać uwagę na takie rzeczy… choć gdyby to tylko ode mnie zależało to pewnie mięsa bym jej nie dawała :P ale niestety… jak słyszę czym jest mieso, które się sprzedaje, to cieszę się że go nie jem :P Ostatnio w Norwegii afera była, że do mrożonek lazanii bodajże, dodanego końskiego mięsa, a coś było z nim nie tak… ale na opakowaniu nie było napisane, że to końskie… ludziom można ciemnotę wcisnąć :/// a jak zmielone, to nie widać… Poza tym nie wiem jak można jadać konie brrr…

    Ciepełko ślę i czekam na wiosenne wydanie GCS :))) no i gratuluję Zielonego Pociągu – fajna idea :))) buziaki ślę :)

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:35)

      Dagmarka – odsyłam ogromne buziaki dla Was!:) Masz rację co do mięsa…..ale tak naprawde to co – możemy sobie tylko poględzić. ja nie wierze, że żywienie będzie szło w dobrym kierunku…smutne to .
      Dzis tez miałam przed domem lodowisko:) Tylko łyżew brak:)

  • comment-avatar
    deZeal 19 lutego 2013 (13:33)

    A ja rozumiem Leosia. Bo wiesz… ja bardzo lubię parówki, i od dziecka tak mam:) I pasztetową też:) Generalnie im podlejszy kawałek, to ja tym bardziej go wtrynię…. A moje najukochańsze doświadczenie kulinarno-smakowe z dziecinstwa to pajda chleba z grubym plastrem najpodlejszej mielonki posmarowanej musztardą….
    Buziaki przesyłam i miłego dnia (piękną zimę masz Asiu, cudownie u Ciebie!!!!)

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:33)

      Ależ jako dziecko też je uwielbiałam – stąd sie łamię i mu nie zabraniam w przedszkolu jeść. mało tego – szukam takich, któreby własnie były mięsne a nie odpadowe:) Fajnie, że dziewczyny o sokołowskich napisały.

      Mielonki turystyczne były moim głównym daniem na wszelkich obozach:):):) A mortadela za komuny to dopiero byl rarytas:):):):)

      No tak, ale stare dobre serdelkowe czasy to się juz skończyły:)

      ściski wielkie!!!:)

  • comment-avatar
    Aga robie-bo-lubie 19 lutego 2013 (13:28)

    Z tymi parówkami, to miałam podobną pogawędkę kilka lat temu w mięsnym. Od tego czasu nie kupuję parówek na wagę. Zresztą wystrzegam się tej "potrawy", bo osobiście nie cierpię, a dziecię me lubi od czasu do czasu domowego hot doga wciągnąć… Znalazłam tylko jeden rodzaj parówek z zawartością 90 kilka % mięsa i bez resztek oddzielanych mechanicznie patrz: dzioby, skóry i inne okropności… Więc trzeba dobrze na półkach w delikatesach popatrzeć, a się znajdzie ;-)))
    Sesja zdjęciowa zapowiada się wspaniale i pomimo aury na dworze, już pachnie wiosną! Czekam z utęsknieniem na wiosenne inspiracje bo jaja zakupione, a tu weny brak ;-(

  • comment-avatar
    Ali 19 lutego 2013 (13:26)

    Jestem tego samego zdania co do parówek !!!!!!!
    Od wielkiego dzwonu kupię , ale dokładnie czytam skład, są takie puchatkowe, które nie zawieraja składnika , który powoduje wypłukiwanie wapnia z kości, raz na pól roku i jak piszesz w przedszkolu, nie zaszkodzą.
    Staram się piec mięsa, mamy zaprzyjaźnionego rzeźnika , który robi nam kiełbasy wędzone, białą kiełbasę, wędliny. Rzadko kupuję wedliny sklepowe, chyba , że naprawdę czasami zechce się innego smaku.
    Sama pasztetu nigdy nie robiłam.
    Twój pasztecik smakowicie wygląda i spróbuję go napewno zrobić.
    pozdrawiam

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:30)

      a pożyczysz tego rzeźnika na kilka dni????:):):):)

  • comment-avatar
    Jomarowy Świat 19 lutego 2013 (13:23)

    No pięknie z tymi parowkami…
    Mój M stwierdził, że cielece to z tego, że się człowiek patrzy jak ciele na malowane wrota a potem jak ciele kupuje nie wiedząc co…
    Też kiedyś czytałam ten artykuł o dziecięcych parowkach. Najwyżej były z Lidla jak dobrze pamietam…
    Z niecierpliwością czekam też na magazyn – ja w tym roku pastelowy róż forsuje na święta…

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:29)

      :):):):) jakie trafne porównanie:):):)

  • comment-avatar
    Osowiała Sowa 19 lutego 2013 (13:19)

    Ale smaku narobiłaś :))) Będę próbować Twojego przepisu :)
    Mój mały z przedszkola przyniósł uwielbienie do kanapki z masłem czekoladowym, wcześniej w domu nie jadaliśmy :)
    Pozdrawiam również zasypana białym puchem i już po odśnieżaniu :)
    Monika

  • comment-avatar
    magdowo 19 lutego 2013 (13:19)

    Czy kiedykolwiek przestanie mnie smucić i doprowadzać do szewskiej pasji fakt, jak bardzo jesteśmy oszukiwani przez producentów żywności?

    Alicjo – gdyby w tej pasztetowej była tylko bułka to jeszcze pół biedy, ale tam jest dosłownie każdy ODPAD Z MASARNI. Mam znajomego, który pracuje w Łodzi w "Wędlince". Powiem krótko: on nie jada swoich własnych wyrobów (sporządza je wg. receptury narzuconej mu przez pracodawcę), to chyba mówi wszystko o jakości wędlin tam produkowanych, nie rzadko po 25-30 zł/kg i to tylko za pasztety, czyli produkt mocno zmielony i przetworzony (jak parówka).

    Co do oglądania składu na opakowaniach zbiorczych, to warto pamiętać, że taka "Pani sklepowa" nie robi nam łaski. Ma obowiązek taką etykietę pokazać klientowi.

    Droga Asiu, zainspirowałaś mnie do przesłania przepisu na klopsa mojej mamie, która odkryła ostatnio świat pasztetów robionych własnoręcznie. Chcę podsuwać jej co lepsze przepisy, żeby się za szybko nie znudziła i wytrzymała w postanowieniu bardziej świadomego odżywiania.
    Dziękuję za inspirujący post.
    Magda

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:28)

      Madziu – serdeczne pozdrowienia!!:)
      masz niestety rację – cały przemysł spożywczy ewidentnie idzie w stronę TANIEGO i niezdrowego jedzenia. Ale ja przestałam sie łudzic, że można z tym wygrać. Jedyne co chyba możemy robic, to jeśc bardziej świadomie i już.

    • comment-avatar
      Doranma 19 lutego 2013 (21:04)

      Dziewczyny, nie poddawajmy się! Wierzę, że jeżeli klient nie będzie chciał taniego i niezdrowego jedzenia, to go na półkach nie będzie! :)Najważniejsze, żeby było coraz więcej świadomych klientów, dlatego m.in. takie wpisy, jak Twój Asiu, to kawał dobrej roboty w uświadamianiu. Także ja m.in. z tej przyczyny zdecydowałam się prowadzić bloga. Pozdrawiam raz jeszcze :)

    • comment-avatar
      Patti 20 lutego 2013 (13:03)

      Ale niestety 80% klientów chce TANIO!
      Popatrz na wyroby mięsopodobne w hipermarketach i na kolejki przy tych ladach!
      Jka pisałam wyżej znam branżę mięsną od drugiej strony. Żeby firma "żyła" musi produkować tanio czyli kiepskiej jakości. Takie jest zapotrzebowanie rynku, dobra wędlina to niewielki procent całej produkcji. Mam nadzieję ze świadomość ludzi co jedzą rośnie coraz bardziej …….bo inaczej tylko co to zdrowe będziemy mogły wyprodukować sobie same w domu:)

    • comment-avatar
      Anonimowy 20 lutego 2013 (13:25)

      I tu bym pozwoliła się z Tobą nie zgodzić. Jest tak wiele biedy, że zawsze będą klienci, którzy kupią za wysupłane z kącika portmonetki grosiki kawałek pasztetowej…. To smutne, ale widzę to często w moim osiedlowym sklepiku w dużym, bogatym mieście. I w związku z tym uważam, ze takie jedzenie musi być. Bo lepiej zjeść kawałek pasztetowej z suchą bułką niż lizać łapki. Dzieciom chciałoby się dać to co najlepsze, ale nie zawsze tak się da:( Jeśli nas stać na to, możemy się tylko cieszyć, że nam się poszczęściło i podziękować za to Bogu:) Serdecznie pozdrawiam:)EWA

  • comment-avatar
    Agnieszka 19 lutego 2013 (13:18)

    Klops pycha, tez lubimy, mimo, ze jesteśmy prawie-bezmięsni ;-))
    A parówy, jak pisały dziewczyny powyzej, z Sokołowa kupujemy, od wielkiego dzwonu co prawda, ale jednak :-) 98% mięsa z szynki i mam nadzieję, ze etykietka nie łże ;-))
    I jeszcze na ulubionym stoisku z masarni eko, czasem mają :-)
    Pasztetowej jeszcze nie przerabialiśmy, ale przedszkole od września, więc wszystko przed nami :-) Ja chyba nigdy nie jadłam.
    Uściski! :-)))))

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:26)

      NOOOOO to wszystko przed Wami:):):)
      Leo z przedszkola przyniósł zamiłowanie własnie do parów, pasztetowej i białego chleba z jakimś smarowidlem czekoladowym….i nawet nie próbuję tego zwalczac, bo jestem na przegranej pozycji:)

  • comment-avatar
    Dreamy Alex 19 lutego 2013 (13:09)

    Zdjęcia jak zawsze wspaniałe :) Trudno od nich wzrok oderwać! Mam tylko małą radę – oleje (otwarte) należy trzymać wyłącznie w lodówce. Dużą część studiów poświęciłam różnym olejom (jestem technologiem żywności)i wiem, że przechowywanie ich w szafce nie jest dobrym pomysłem…
    Pozdrawiam,
    Ola

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:25)

      Olu, a napiszesz cos więcej – zainteresowałas mnie. O lnianym wiedziałam, że w lodówce, ale że wszystkie????? Im się coś złego dzieje w szafkowym przechowywaniu?

    • comment-avatar
      Jomarowy Świat 19 lutego 2013 (22:22)

      Też jestem ciekawa, bo i oleje i oliwy trzymam poza lodówką…

  • comment-avatar
    iwimi 19 lutego 2013 (13:09)

    A ja po raz pierwszy się odezwę :)
    Bardzo lubię tu wchodzić i czytać to, o czym piszesz. Bardzo pozytywnie jesteś nastawiona do świata i aż bije światło m.in. z Twoich zdjęć :)
    My z mężem już od roku nie jadamy parówek, choć często mamy na nie ochotę jak koło nich przechodzimy. Niestety, ale nie weim, co to się stało z tym dzisiejszym jedzeniem :( Ubolewam nad tym… i tyle ile się da, goruję sama. I na pewno wypróbuję Twój przepis na pasztet :)
    Poza tym, kiedyś pisałaś, że zorientowałaś się, że mieszkasz koło największej w okolicy góry… Czyżby to Wieżyca? :) Ja pochodzę z Kościerzyny, ale po studiach zostałam na stałe we Wrocławiu i bardzo tęsknię za Kaszubami! Pozdrawiam serdecznie. Iwona

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:24)

      Tak, znamy Wieżycę doskonale!:) W Kościerzynie też czesto bywam.
      Ale Wrocławia to Ci zazdroszcze!!:):)

  • comment-avatar
    Patti 19 lutego 2013 (13:09)

    Przepis na pasztet juz w notatniku. Nie kupuję gotowych wędlin tylko piekę zazwyczaj jakiś kawałek mięsa na macerowany w ziołach. Przepisu na pasztecik-klops szukałam od dawna . Wypróbuję Twój:))

    Parówki to przede wszystkim tłuszcz i MOM czyli mięso odzyskane mechanicznie czyli to co zostało , skóry, żyły, miękkie kości , chrzęści i inne syfy ……..omijać z daleka i broń Boże dzieciom , tak samo jak lencze, mortadele i wszelkie pasztetowe . Lepiej kupić 10 dkg drogiej wędliny ( ze schabu, szynki ) czyli z całego kawałka mięsa niż wszelki mielonki. Dobra wędlina musi kosztować mini 35 zł ł i w górę , dobre kabanosy około 50 zł i w górę. Mam trochę doświadczenia bo mój mąż pracował 8 lat w branży mięsnej……..właściciele firmy nie jadali swoich wędlin które kosztowały poniżej podanych prze ze mnie cen:((. zazwyczaj wszystko piekli z mięs sami w domu.

    Z niecierpliwością czekam na kolejny numer GC .

    Mam pytanie. Czy już są jakieś bliższe informacje na temat papierowego wydania GC??

    Patti

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:23)

      Pati – narazie skupiamy sie na necie. Dopiero po wiosennym numerze podejmiemy decyzje co do dkruku no i na kiedy.
      Uściski wielkie!!:)

    • comment-avatar
      Iza 21 lutego 2013 (12:33)

      druk bym prenumerowała na 100 % :)

  • comment-avatar
    Karolina Anna 19 lutego 2013 (13:07)

    aha a klops wygląda smakowicie! Aż nabrałam chęci, mniam :)

  • comment-avatar
    Karolina Anna 19 lutego 2013 (13:06)

    ja od czasu do czasu kupuję parówki z Sokołowa która mają w sobie bodajże 98 % procent mięsa :) to jedyne jakie daje się jeść :) są dostępne w Biedronce, ale nie wiem czy w innych spożywczych także. :)

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (13:04)

    Możesz się podzielić kiedyś Asiu przepisem na to masełko? W internecie są różne przepisy, ale sprawdzony, to sprawdzony. Ewka

  • comment-avatar
    mysza 19 lutego 2013 (13:03)

    wygląda pysznie,ja nie mam zdolności kuliarnych ale taki pasztecik może i bym dała rade zrobić :)
    jajka są prześliczne..

  • comment-avatar
    Ania 19 lutego 2013 (13:03)

    Asia,

    Lubię te Twoje kulinarne wpisy!
    O parówkach już czytałam na facebooku… panie sklepowe są jedyne w swoim rodzaju;-)
    A może podasz jeszcze jakieś kulinarne smaki dla dzieci? Np. w nowym numerze GCS? Na pewno wiele mam się ucieszy. Mój Adaśko ma ostatnio fazę anty warzywną nad czym boleję strasznie, więc każda kulinarna inspiracja jest na wagę złota.

    Ściskam Cię serdecznie Pastelowa Asiu;-)
    Ania

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:21)

      Pomyślę Aniu nad dziecięcym menu:) Jak to mówią:
      MÓWISZ I MASZ:)

  • comment-avatar
    Agatha 19 lutego 2013 (13:01)

    Ha ha, moja córeczka tak samo błaga o parówki w mięsnym i tłumaczę, że parówki są tylko u babci i w przedszkolu. Również jestem wyrodną matką, nie chcę kupować parówek, a i kabanosy i inne wędliny studiuję godzinami pod względem składu. Nie ma jak domowy pasztecik, lub właśnie taka pieczeń jak podajesz. Wiesz co jesz!

  • comment-avatar
    El clavel 19 lutego 2013 (13:01)

    U mnie też od rana sypie :) A może koleżanka zdradzi przepis na o intrygujące cytrynowe masło? ;)

    Pozdrawiam serdecznie, El clavel

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:19)

      :):):):) to ze zdjęc jest prezentem, ale rzeczywiście jak sie skończy zrobię samodzielnie, pewnie, że zdradzę:)

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (12:54)

    Co do parówek to czytałam kiedyś artykuł, w którym podano, że na podstawie przeprowadzonych badań przez zewnętrzną firmę parówki firmy Sokołów mają w składzie to co podają w składzie. Jeśli jest podane, że np. parówka zawiera 83% mięsa z kurczaka to tak w istocie jest. Od tamtej pory, jak kupuję parówki to właśnie tej firmy :O)
    Do badania wzięto wszystkie parówki "dziecięce".

  • comment-avatar
    Anna Poreda 19 lutego 2013 (12:47)

    No i zaserwowałaś mi mega głoda! Pyszne zdjęcia! Upiekę chyba moim łasuchom takie cudo… hmm, w weekend ;) U mnie tez już zajączkowo-wielkanocnie, bo te przygotowania do świąt jakoś tak pomagają na tą zmarzlinę za oknem… U nas dzisiaj też sypie i sypie i sypie… brrr.

  • comment-avatar
    Anonimowy 19 lutego 2013 (12:47)

    Jak synek lubi bardzo paróweczki to ja polecam Sokoliki firmy Sokołów. Moja córeczka jako fanka paróweczek wcina właśnie takie. Mają 83% mięsa z kurcząka i 4 % mięsa cielęcego. Można sobie w internecie przeczytać skład. :)

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:18)

      dziekuje za namiar, musze cos wymysleć, bo nie chcę też z drugiej strony by czuł sie jak odmieniec:)

    • comment-avatar
      Dage 19 lutego 2013 (21:06)

      to ja polecę parówki Piratki z Lidla – nie mają fosforanów ani sztucznych konserwantów za to mają jakieś bakterie, które konserwują ale są neutralne dla organizmu. dla maluchów to chyba najlepsze rozwiązanie.

  • comment-avatar
    Anka J. 19 lutego 2013 (12:46)

    Narobiłaś mi smaka. Znam klops z selera, w smaku nikt nie zgadnie z czego on jest. Chyba odnajdę przepis. Pozdrawiam

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:18)

      OOO – to od razu poproszę, jestem selerowa:)

    • comment-avatar
      Anonimowy 20 lutego 2013 (11:53)

      http://www.cincin.cc/index.php?showtopic=19895&st=0
      powyżej jest przepis – robiłam kilkakrotnie nawet b.smaczny. Radzę poczytać komentarze – dziewczyny piszą w nich o zmniejszeniu ilości tłuszczu – też tak zrobiłam
      Malina52

  • comment-avatar
    Nitki Ariadny 19 lutego 2013 (12:40)

    Jak pysznie! Klops to świetny i prosty pomysł na dobre jedzonko:)
    Pozdrawiam!

  • comment-avatar
    monifactura 19 lutego 2013 (12:40)

    Również lubię taką delikatną pistacjową zieleń, kocham też wszystkie odcienie turkusu, ale planując dekoracje Wielkanocne stwierdziłam, że mi ten turkus do koceptu nie pasuje;) chociaż chciałam użyć:) Za to będzie różowa rewolucja!
    Pisanki piękne, a pasztet smacznie wygląda, nie wiedziałam że to takie proste! Dzięki za przepis, pozdrawiam Monika

    • comment-avatar
      GreenCanoe 19 lutego 2013 (16:17)

      Sporo osób wybiera róż. Lubię, ale niekoniecznie u siebie:):):)
      Bardzo jestem ciekawa Twojej rewolucji:)

  • comment-avatar
    Alicja 19 lutego 2013 (12:33)

    No to masz babo klops :-).Jestem raczej wszystko jedząca ale pasztetowej nie jadam . Już mój dziadek zawsze powtarzał że w niej jest sama …bułka. Uwielbiam pasztet i klopsy własnoręcznie zrobione. A na Wielkanoc to pewnie będzie u mnie klops z jajkiek i do tego chrzan.
    Czekam z utęsknieniem na nowe wydanie Twojego pisma. Pozdrawiam.

  • comment-avatar
    witchqueen 19 lutego 2013 (12:31)

    Ależ zaburczało mi w brzuchu:d

Skomentuj

Szanuję Twoją prywatność, Twój adres mailowy nie będzie widoczny.