MYŚLĘ ŻE – Moje dziecko jest najlepsze.

Mam wrażenie ostatnio, że to zmora naszych czasów: najładniejsze, najmądrzejsze, najbardziej utalentowane, słodziutkie, kochaniutkie, ekspresyjne, twórcze, zdolne i generalnie NAJLEPSZE – moje dziecko. Dziecko często pojedyncze, wyczekane, wyniuniane, rozkochane – nie do tknięcia. Długo już się noszę do napisania tego wpisu – bo za każdym razem, gdy musiałam jeść w restauracji w asyście rodziny przy stoliku obok z „rozkosznym ” dwulatkiem biegającym po całej sali i wpadającym co chwila na stoliki innych gości, albo krzyczącym w niebogłosy ( dla rodziców ów krzyk to śmiech), albo rąbiącym sztućcami o blat stolika. Za każdym razem gdy spałam w hotelu, w którym były również inne rodziny – z dziećmi biegającymi z indiańskimi okrzykami po hotelowych korytarzach nawet o północy, za każdym razem, gdy musiałam znosić czyjeś krzykliwe, jęczące, rozkapryszone lub rozhisteryzowane dzieci -w sytuacjach, w których nie powinnam tego znosić, obiecywałam sobie, że NAPISZĘ W KOŃCU TEN POST. I wyobraźcie sobie, że kilka miesięcy temu po którymś z tekstów recenzujących pewien rodzinny hotel, właściwie sami czytelnicy mnie o to poprosili, okazuje się bowiem że nie ja jedyna mam podobne przemyślenia. Dziś będzie dłużej – ale temat jest na tyle ważny, że nie można go okroić. GREEN CANOE czyta wielu ludzi, a wakacje tak blisko – może jednak warto przed tym właśnie czasem, napisać to wprost:

RODZICU!, w restauracji, w hotelu, na placu zabaw, w sklepie, na ulicy…słowem w miejscu publicznym  – NIE JESTEŚ ze swoim dzieckiem SAM. I naprawdę  – NIE JESTEŚCIE NAJWAŻNIEJSI.

Po1. obok Ciebie i Twojego dziecka przebywają inni ludzie, którzy przyszli w konkretne miejsce: zjeść, przespać się, wysłuchać muzyki, pobawić się z własnym dzieckiem – i chcą to zrobić w spokoju. Po2. NIKT, ani NIC nie zwalnia Cię z odpowiedzialności za Twoją pociechę. Nie możesz sobie puścić dziecka samopas po restauracji i klaskać w dłonie zadowolony gdy Twój synek sprawnie biega po sali doprowadzając kelnerów o stany przedzawałowe, albo „ślicznie” wybija rytm łyżką o talerz. Bo wyobraź sobie, że większości gościom restauracyjnym to najzwyczajniej w świecie przeszkadza. Nie możesz pić wina ( albo wódki) w pokoju hotelowym z sąsiadami z którymi przyjechałeś, gdy tymczasem Wasze dzieci krzycząc na cały obiekt biegają po korytarzach – doprowadzając obsługę jak i resztę gości do morderczych myśli. Nie możesz również siedzieć w kinie na seansie z płaczącym od 20 minut wniebogłosy maluchem – bo Ty i tak niby słyszysz ( gwarantuję Ci, że inni nie słyszą, a sam płacz ich bardzo rozprasza) Pomijając już kwestie wychowania – które w opisanych (autentycznych zaznaczam) przypadkach raczej z brakiem wychowania mi się kojarzą, najbardziej jednak szokuje mnie najczęstsza reakcja dorosłych, gdy w końcu kilka osób zazwyczaj, doprowadzonych do skrajnego wyczerpania zwraca uwagę – napotykając co? …święte OBURZENIE. Jak ktoś śmie w ogóle zwracać im uwagę, przecież ich Karolek, Maxiu, Zuzia, Tomuś, Dareczek, Julianka itd…- to najsłodsze dzieci pod słońcem!, co to komu przeszkadza że sobie trochę pokrzyczą????A tak w ogóle to oni tu PŁACĄ!!!!! Za ten obiad, za ten hotel, za to kino – i im się należy. Są takimi samymi gośćmi jak wszyscy inni…Znacie to?

Jestem mamą. Kochamy nasze dziecko tak bardzo, jak tylko kochają rodzice – czy jest najlepsze? OCZYWIŚCIE:) Dla nas, nasz syn jest najcudowniejszy pod słońcem. Od najmłodszych lat zabieraliśmy go do restauracji. A tam jednak –  krok po kroku czyliśmy kulturalnego zachowania się w niej – tłumacząc dlaczego nie możemy w tego typu miejscach rozmawiać zbyt głośno, dlaczego się w niej nie biega, i jak należy traktować wszystkich wokół. Nauczyliśmy również nasze dziecko, by ZAWSZE, ale to ZAWSZE:)  pochwaliło jedzenie obsłudze – jeśli mu naprawdę smakowało. Tymże sposobem Leo jest ulubieńcem w znanych nam knajpkach, gdyż całkiem naturalnym stało się dla niego szczere pochwalenie nowego dania w menu, a nawet zmian wystroju wnętrza. Wieloma latami pracowaliśmy na ten sukces. Na to, że czuje się w restauracjach swobodnie i jest w nich po prostu grzeczny. Taka sama sytuacja ma się z hotelami – od najmłodszych lat tłumaczyliśmy mu raz po raz, czemu nie może tam biegać, krzyczeć, a nawet zbyt głośno się śmiać. Myślicie że było łatwo? Ależ skąd! Na samym początku – jako kilkumiesięczny bobas Leoś po prostu się bardzo szybko nudził – więc jedliśmy z Pawłem na zmianę by go zabawiać, i tym samym nie być uciążliwym dla gości obok. Później zaczęły się czasy brania ze sobą zabawek na stół, książeczek, itd. Gdy już mówił  – bawiliśmy się w „Magdę Gesler”:):) – Leoś był po prostu krytykiem kulinarnym. Opisywał smak potraw, które sam wybierał, oceniał je w aspektach smaku, podania, pomysłu.  Zresztą to akurat do dziś robimy:) Staraliśmy zrobić wszystko, by uwagę naszego dziecka skupić na naszym stoliku, na naszych osobach i potrawie – tak by z nudów np. właśnie nie chciał biegać po restauracji. I jest jeszcze coś – dzięki temu, że z restauracyjnych posiłków udało nam się właśnie zrobić dla niego cos ciekawego, fascynującego – na tyle zna się już na różnych potrawach i ma takiego nosa:), że zazwyczaj zamawia z naszej trójki najlepsze potrawy, czego raz po raz doświadczaliśmy ostatnio w Toskanii. Nie piszę Wam o tym, żeby się przechwalać – choć rzeczywiście jestem dumna z naszego synka, ale dlatego by udowodnić że można. Że jeśli nie poddasz się jako rodzić, nie będziesz traktował restauracji, hotelu, galerii handlowej, placu zabaw – jako miejsca w którym magicznie, nagle można zrzucić odpowiedzialność za własne dziecko i przestać się nim zajmować i interesować by samemu „mieć chwile wytchnienia”, – to możesz pokazać swojej pociesze to miejsce w takim aspekcie i z takiej strony, że po1. będzie się tam czuł bardzo naturalnie, po drugie nie będzie się tam nudził. No i co dla dzieci na pewno jest przykre – nie spotka się z brakiem akceptacji innych gości. Bo jak myślicie – jak czuje się dziecko, gdy nagle z 2 czy 3 stolików obok wstaje kilkoro ludzi i idzie do rodzica z kipiąca pokrywką w głosie na skargę, albo wręcz – sami zatrzymują to dziecko odprowadzając je do stolika rodziców. To nie są miłe sytuacje. Zawsze będę zresztą w nich broniła dzieci – bo to nie ich wina, to jest wina dorosłych. Tych, którzy w ramach wychowywania powinni również je uczyć kultury osobistej i umiejętności funkcjonowania w takich właśnie miejscach. I OPIEKOWAĆ SIĘ NIMI – również poza domem. Nie ważne czy są rodzicami, czy dziadkami mającymi wnuki pod swoja pieczą.

Czy zwracałam uwagę rodzicom, których dzieci się nieodpowiednio zachowywały w restauracjach czy w hotelu? – Ależ oczywiście, nie raz. I to zarówno zawodowo, jak i w sytuacjach prywatnych. Zbyt ciężko pracujemy z Pawłem i zbyt bardzo szanujemy swój wolny czas, gdy go już w końcu mamy, by znosić zachowania innych ludzi zabierające nam radość z wypoczynku. Nie mam najmniejszego problemu, by pójść w restauracji  do rodziców rozkrzyczanego dziecka i poprosić by byli ciszej, albo oczekiwać od obsługi by to załatwiła – bo tak naprawdę to ona powinna reagować od razu. Mistrzem w tego typu sytuacjach jest Paweł – mówi bardzo krótko, rzeczowo, nie wchodzi w żadne dyskusje. Po prostu informuje dorosłych jak wpływają na nas ich rozwrzeszczane dzieci. I co zrobi, gdy ta sytuacja w trybie natychmiastowym się nie zmieni. A potem dziękuje za wysłuchanie. Jeżeli po godzinie 21 malutkie dziecko biega samo po hotelu, a obydwoje z rodziców są pod wpływem alkoholu – to jest to już sytuacja zakrawająca o rozwiązanie prawne. I bywało, że dopiero gdy obsługa uświadamiała rodzicom co mogłaby zrobić za takie niedopilnowanie – dopiero zabierano dzieci z obiektu do pokoju. Przecież takie dziecko, niepilnowane może pójść dosłownie wszędzie…

Przypuszczam, że większość z moich czytelników doświadczyła przynajmniej raz w swoim życiu koszmarnego wyjazdu urlopowego właśnie dzięki rodzince z „najlepszym” dzieckiem czy dziećmi obok w pokoju, lub jedliście w asyście płaczu dziecięcego, krzyku lub bieganiny. Przypuszczam również, że pojawią się tu głosy, iż dzieciństwo jest po to, by dziecko się wyszalało i wybiegało, a restauracje są dla wszystkich – i po co robić widły z igły, pewnie jestem podłą babą bez serca…Jeżeli nawet, nie zrobi to mnie wrażenia. Bo MAMY PRAWO DO TEGO by jeść w spokoju, by wypoczywać w spokoju i nie być zmuszanym do akceptowania zachowani u innych dzieci – które np. w przypadku naszych pociech  byłyby nie do pomyślenia. Bo gdybyśmy chcieli pójść zjeść na placu zabaw albo do knajpki gdzie jako dodatek do menu – byłby wrzask i tupot, to zapewne byśmy to zrobili, w końcu są miejsca dostosowane albo wręcz kierowane do rodziców z dziećmi. Z dużym miejscem na zabawę dla maluchów – i idąc tam wiesz, że będą inne mamy, inni tatusiowie i chmara bawiących się dzieci. Ale jeśli wybieramy świetną restaurację, dedykowaną smakoszom, i generalnie DOROSŁYM, gdzie nawet nie uświadczysz stoliczka  z kredkami dla dzieci….to oczekujemy, że zjemy w spokoju a inni rodzice będą REAGOWALI, gdyby ich dziecko nagle zaczęło być za głośno. Byłam kiedyś świadkiem takiej sytuacji, w Gdyni – obok mojego stolika ( byłam z Leosiem)  siedział starszy, bardzo elegancki pan, a dalej młode małżeństwo z dziećmi – turyści. I te dzieci …no cóż. To nie było nic miłego. W końcu nawet mój 6letni synek spytał: ” mamusiu, dlaczego Ci rodzicie nie reagują? przecież te dzieci są bardzo niegrzeczne i tak krzyczą, że ja już nic nie słyszę” Starszy pan, słysząc to, wstał od swojego stolika, podszedł do małżeństwa i zadał pytanie ” Bardzo Państwa przepraszam, jak Państwo myślą ile ja mam lat? Zdumiona matka odburknęła – Ale o co chodzi.? ” Chodzi o to, szanowna pani że mam 73 lata. W piaskownicy ostatnio byłem zapewne jakieś 70 lat temu, na placu zabaw również. Co oznacza, że nie chcę tam chodzić. Dziś przyszedłem do restauracji, by zjeść, patrząc na plażę ale przez zachowanie Państwa rodziny nie jestem w stanie skupić myśli, tak Państwa dzieci krzyczą i biegają. Sam mam wnuki, ale nie do pomyślenia byłoby gdyby tak przeszkadzały innym ludziom, moja synowa je tak wychowuje by drugi człowiek był dla nich zawsze ważny. ” Weź Pan idź pan stąd”! krzyknął przerywając mu ojciec. Na co już włączyłam się ja – „Proszę państwa,  ja z synkiem również przyczyniamy się do prośby uciszenia Państwa dzieci, nie jestem w stanie jeść, nawet moje dziecko jest poruszone tym, jak Państwa synowie się głośno zachowują. Przeszkadza nam to”
„To se idź gdzieś indziej” – usłyszałam od głowy rodziny – zapis fonetyczny oryginalny. Ta sytuacja skończyła się w ten sposób, że podeszła do stolika właścicielka restauracyjki, która zazwyczaj jest na miejscu. Poprosiła bardzo grzecznie tych ludzi, by albo uciszyli dzieci i zaczęli się nimi zajmować, albo będzie zmuszona ich wyprosić. Oburzeni wyszli.
Co chyba dla mnie najgorsze w tej sytuacji –  Ci ludzie wyszli w poczuciu krzywdy, złorzecząc na całe trójmiasto. Nie przeprosili nas oczywiście, a do swoich dzieci wychodząc wykrzyczeli, że nad morzem to chyba mieszkają /i cytuję:/ „same debile” .

I z tymże cytatem zostawiam Was dziś. Z tematem do przemyśleń. Ja – restauracyjny nadmorski „debil”. Ale za to z najlepszym dzieckiem na całym świecie:)

Podziel się...Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterEmail this to someone

Dziękuję za Twój komentarz.

70 komentarzy

  • comment-avatar
    Ilona 22 maja 2017 (18:22)

    Dzień Dobry, chciałabym podziękować za ten wpis „…. moje dziecko jest najlepsze”, gdyż uważam, że ten temat jest bardzo ważny w dzisiejszych czasach, gdy w wielu kręgach społeczeństwa niektóre ważne wartości i podstawowe zasady dobrego zachowania zanikły lub przestały mieć znaczenie. Bardzo często zdarza mi się z przerażeniem obserwować inne rodziny, które są tak zapatrzone w siebie, że nie zauważają, że obok nich SĄ i ISTNIEJĄ inni ludzie, którzy na dodatek muszą znosić ich okropne zachowanie.Najsmutniejsze jest to, że tacy ludzie są przekonani, że to oni mają rację i że się normalnie zachowują, a my się ich „czepiamy”- to dla mnie jest najgorsze.
    A przecież od kogo nasze dziecko ma się uczyć życia i postępowania wobec innych i samego siebie (np. szacunek) jak nie od swoich najbliższych, to my jesteśmy wzorem dla dzieci-szczególnie nie w tym co mówimy, ale jak się zachowujemy ( za słowem zawsze musi iść czyn). Nie chcę by mój wpis był pesymistyczny, bo uwielbiam się śmiać i żartować – z siebie samej też, cieszę się życiem, staram się je smakować na różne sposoby i je doceniać.
    I dziękuję Pani również za to, że napisała to Pani sama będąc Mamą, gdyż swoim przykładem pokazuje Pani, że można dziecko nauczyć dobrego zachowania się w miejscach publicznych i że jest to naturalne i zwyczajne, a nie jakaś narzucona sztywno dyscyplina. Pozdrawiam.

  • comment-avatar
    Barbara 18 maja 2017 (19:16)

    I jeszcze jedna myśl- tak, zgadzam się, że nie można wszystkich dzieci jednakowo oceniać, tak, to od ich indywidualnych cech charakteru, nie tylko podejmowanych prób wychowania, zależy jakimi później będą ludźmi, tak, są dzieci, które jest trudniej ukierunkować niż pozostałe. Ale widzę w otoczeniu różne rodziny i jeśli chodzi o liczebność dzieci- to od jednego do pięcioro w domu i WIEM, że można i należy wymagać od nich, już w pierwszych latach życia, właściwego zachowania w miejscach publicznych, które nie uprzykrza innym osobom pobytu w ich towarzystwie. I Rodzice są za to odpowiedzialni. I widzę takich Rodziców, którzy lepiej, gorzej, ale przynajmniej starają się wychowywać swoje dzieci. Ja zawsze czułam całkowitą odpowiedzialność za zachowanie dziecka i jeśli zachowało się niewłaściwie , natychmiast reagowałam a sama zastanawiałam się gdzie JA popełniłam błąd lub czego jeszcze nie wyjaśniłam swojemu potomkowi.
    Z serdecznymi życzeniami
    Basia

  • comment-avatar
    Barbara 18 maja 2017 (18:31)

    Jestem absolutnie tego samego zdania, mamy jedne myśli – nie tylko w tym poście, pozostałe są również zgodne z moim podejściem do spraw tego świata. Brutalnie pisząc, wypowiem się na temat stosunku rodziców do swoich pociech tak : te dzieci nie są wychowywane, te dzieci są przez swoich rodziców hodowane, niestety….
    Ja mam również syna jedynaka. Ostatnio zapytał mnie :”mamo, ostatnio usłyszałem , że niektóre osoby są zdziwione, że jestem jedynakiem, czy to dobrze?” – „Młody, doskonale”
    Poczułam jakiś rodzaj sukcesu życiowego ( nie mylić z bezkrytyczną dumą ;) )- syn nie jest doskonały, o nie :) ale nie popadajmy w skrajności :)
    Przecież za pracę nad swoimi dziećmi, dobrą pracę, która daje im wartości ponadczasowe i „ponadmodowe”, popartą autentycznym zaangażowaniem w ich „bycie człowiekiem” i zaprawione zdrową dozą czułości też i nam należy się odrobina balsamu na serce :)

    Nie zgadzam się na hałaśliwe, bezkompromisowe zachowanie cudzych pociech w miejscach publicznych – obowiązuje je, tak jak wszystkich, bez względu na wiek, zachowanie oddające szacunek dla otaczających ludzi, przedmiotów, zwierząt, słowem wszystkiego, co nas otacza – bo to też nasze dobro. Przyjemnie by nam było wszystkim, gdyby niektórzy Rodzice spróbowali się choć trochę nad tym zastanowić…..
    RODZICE chcą mieć trochę spokoju, pozostawiając dzieci ich samowolnemu, niekoniecznie akceptowanemu przez otoczenie zachowaniu, ale MY też go pragniemy, tego spokoju, korzystając ze wspólnych z nimi miejsc pobytu! I nie będę przenosiła się z miejsca na miejsce, bo ktoś nie rozumie słowa KULTURA.
    Podsumowując : wolę być „nadmorskim debilem” , aby każdy, kto mnie spotka i moją rodzinę miał później miłe o nas wspomnienia, niż istotą o małym rozumku, która nawet wniosków z sytuacji i ludzkich słów nie potrafi właściwie wyciągnąć (bo ich nie widzi).
    Chwała RODZICOM, którzy bez względu na to, z którego pokolenia pochodzą i ile lat mają ich dzieci zachowują zwyczaj dobrego wychowania nowego pokolenia.

    Życzę spokojnych restauracji, cichych hoteli i pięknie kwitnącego ogrodu tego roku :)

    Basia

  • comment-avatar
    Karolina 14 maja 2017 (23:05)

    Umarłam…boski wpis..jakże prawdziwy ..ściskam Cię Joasiu…Dziękuję <3 :)

  • comment-avatar
    Edyta 11 maja 2017 (13:35)

    Zgadzam się z Pani wpisem. Uważam, że w swojej akceptacji, przymykaniu oczu odchodzimy bardzo często od tego, co w naszym życiu istotne i ważne- dobrego wychowania. Zapomina się czasem, że zwykłe dziękuję, prosze, przepraszam przenosi góry. Naszym codziennym zachowaniem wystawiamy sobie świadectwo o znajomości zwykłego bon ton. To taki nasz „trud codzienny, nasze ciągłe budowanie” jak pisał Gałczyński, nasza mądrość sapientii, która określa i wytycza granice potrzebne do utrzymania porządku nie tylko dla naszych dzieci, ale i dla nas. Bo nie okłamujmy się „nie wszyscy starsi ludzie są mądrzy tą sapientią. Można być leciwym matołem, przepraszam, można- spotykamy leciwych matołów.”- pisał ks. Jan Kaczkowski a co się dziwić dzieciom, skoro przykład idzie z góry? :) Pozdrawiam ze słonecznego nareszcie Wrocławia

  • comment-avatar
    Edyta 7 maja 2017 (21:22)

    A ja mam mieszane uczucia po przeczytaniu tego tekstu. Dlaczego? Na jednej z grup właśnie toczyła się dyskusja o tym, że rodzice dzieci z problemami adhd, autyzmu itp. są postrzegani jako źle wychowujący swoje pociechy… Przecież wchodząc do lokalu nie będą ogłaszać, że dziecko będzie się zachowywać uciążliwie. A chyba zgodzimy się, że te rodziny mają takie samo prawo do korzystania z tej publicznej przestrzeni ? Osobiście wiem jak trudno czasem radzić sobie z życiem, i dzisiaj staram się postrzegać tych rodziców jako nie radzących sobie w pewnych sytuacjach. Wtedy jest mi łatwiej zrozumieć ich postępowanie… A gdy atmosfera robi się nie do wytrzymania, wychodzę. Nie walczę, bo szkoda mi energii.
    Właśnie jestem po lekturze Twojego najnowszego wpisu o tym jak łatwo kogoś zranić pochopnym ? komentarzem …

    • comment-avatar
      Green Canoe 7 maja 2017 (21:34)

      Edyta, a to już temat na szerszą dyskusję. Nie wrzucam wszystkich sytuacji do jednego worka – bo tak się nie da. Ale nadal podpisuję się pod stwierdzeniem, że jako rodzic bierzesz pełną odpowiedzialność za swoje dziecko – bez znaczenia czy ma stwierdzoną jakąś chorobę czy nie. NIE REAGUJĄCY rodzić w sytuacjach, gdy powinien reagować – to zazwyczaj nie rodzic nie radzący sobie w sytuacji, ale rodzic leniwy, roszczeniowy i bez kultury osobistej. I naprawdę uważasz, że to inni ludzie powinni wychodzić z restauracji – gdy czyjeś dzieci obok skandalicznie się zachowują? Ja mam inne zdanie.

  • comment-avatar
    Iga 26 kwietnia 2017 (18:48)

    Droga Asiu, jestem nauczycielką i obserwuję to zjawisko, o którym piszesz, z jeszcze innej perspektywy-właśnie wychowawcy, polonisty, ale i oczywiście rodzica, mamy 13-latki. Jestem przekonana, że ten brak ogłady-używajac eufemizmu dla określenia, co tu owijać w bawełnę, prostactwa -bardzo często wiąże się z brakiem wrażliwości, empatii i galopującą, w moim odczuciu, skłonnością do bylejakości i powierzchowności w pielęgnowaniu najważniejszych wartości. Blichtr zewnętrzności- jakże często hołduje mu dzisiaj wielu ludzi. Kto ma wskazać tym rozwrzeszczanym dzieciom dobry kierunek, któremu na imię ogłada, kultura osobista, jeśli nie wyniosły takiego sznytu z domu rodzinnego. Staram się zawsze tłumaczyć moim dzieciakom-gimnazjalistom, że szacunek, zrozumienie i dobro wobec każdego człowieka to absolutna podstawa każdej międzyludzkiej relacji. Jak wielu rodzicom moich wychowanków przydałyby się takie wskazówki w ich dorosłym, wydawałoby się odpowiedzialnym już życiu. Podobnie jak Ty, Asiu, szukam w świecie spokoju i ciszy, by móc beztrosko cieszyć się urodą natury. Nie tracę wiary w człowieka, bo wiem, że są dzìęki Bogu tacy, dla których istnieje właściwy porzadek rzeczy w każdym aspekcie życia. Życzę Ci, Asiu, odwagi w mówieniu prawdy. Pozdrawiam, Iga

  • comment-avatar
    angel 25 kwietnia 2017 (21:43)

    Zgadzam się w zupełności z Pani tekstem (od tak dawna czytam Pani bloga, że mam ochotę napisać „z Tobą”, ale nie wiem czy tego by sobie Pani życzyła.
    Dodam, że pracuję z dziećmi i w pracy bardzo często mam do czynienia z postawą „moje dziecko jest najlepsze”, przekładające się często na :”naprawdę? A w domu jest taaki grzeczny”.

    • comment-avatar
      Green Canoe 25 kwietnia 2017 (23:37)

      Ależ oczywiście – proszę, mów na TY. :)

  • comment-avatar
    Natasza 25 kwietnia 2017 (15:04)

    Przeczytałam Pani wpis i nie ze wszystkim co Pani napisała się zgadzam. Sama mam doje dzieci, w zbliżonym wieku, obecnie niemal dorosłe. Patrząc wstecz, widocznie nie potrafiłam tak pięknie ich wychować, jak Pani swojego synka. Inna sprawa, że nigdy nie uważałam swoich dzieci za naj…, były, są i będą moje bez względu na to co zrobiły, czy zrobią. Rzeczywiście zdarzyło mi się wstydzić za zachowanie syna, który pomimo próśb, a nawet gróźb zachowywała się niegrzecznie. Pani dziecko ma, powiedzmy sobie szczerze bardzo komfortowe warunki, nawet nie w sensie materialnym ale miłości, akceptacji rodziców i stwarzanych możliwości poznawania miejsc i ludzi. Moje dzieci często miały do czynienia z innym rodzajem rówieśników, w inny sposób naj…, właśnie takich grzecznych, mądrych, widzących i znających się, którzy wielokrotnie okazywali się prowodyrami wykluczania innych dzieci, niepasujących, niegrzecznych … To jest świat ogromnej niesprawiedliwości w zagarnianej przestrzeni i nierównych szans wielu dzieci. Oczywiście fantastyczne byłoby by ludzie potrafili się szanować, kochać, nie aneksować przestrzeni innych, co robią na wiele sposobów. Mało tego nie życząc sobie pewnych zachowań u innych ludzi sami to robią. Oceniać bez całości kontekstu, patrząc przez pryzmat własnego życia jest oczywiste ale czasami mocno krzywdzące.
    Mój syn, już prawi dorosły mężczyzna, który kład się w sklepie i krzyczał, uciekał i bardzo emocjonalnie reagował, dzisiaj jest mądrym nastolatkiem, który częstokroć udziela się jako wolontariusz. Z kolei moja córka, zawsze grzeczna, mądra, która nadal taka jest, pozostaje tak naprawdę w dużym stopniu nastawioną na siebie egoistką.

    • comment-avatar
      Green Canoe 25 kwietnia 2017 (15:58)

      Pani Nataszo, odnoszę wrażenie że nie do końca odebrała Pani prawidłowo moją wypowiedź. Ja nie odnoszę się w niej do DZIECI – ani ich nie oceniam. Ale do rodziców – do tego, że nie reagują, gdy ich dzieci zachowują się nieodpowiednio. Co do świata dzieci – tak, ma Pani rację, to rzeczywiście świat wykluczania się, tworzenia podgrup ale również tworzenia wieloletnich przyjaźni – ZAWSZE tak było, nawet wtedy gdy, ja byłam dzieckiem. I właśnie w zależności od tego co nasze dzieci wyniosą z domu – jak same ze sobą będą się czuły, jakie poczucie wartości własnej będą miały w sercu – lepiej bądź gorzej poradzą sobie z rówieśnikami, a potem w życiu. Tu nie ma większej filozofii – rodzic, który wspiera swoje dziecko, daje mu siłę psychiczną,miłość, wsparcie, zaufanie i który je WYCHOWUJE _ uczy jak żyć – wychowa mądrego człowieka. Mój Leoś także kładł się w sklepie :) równo 2 razy, bo dzięki mojej reakcji na takie zachowanie uznał że mu się to wcale nie opłaca. I mnóstwo innych dzieci ma takie czy inne „krzykliwe” zachowania. Pytanie co my z tym zrobimy? jak zareagujemy? Gdy dziecko kładzie się w sklepie na podłodze i wrzeszczy że chce samochodzik, albo gdy zaczyna biegać właśnie w restauracji – co my z tym zrobimy?

      Przykro mi się czytało Pani wypowiedź o swojej córce….Myślę, że jej również byłoby przykro, gdyby to przeczytała. Naprawdę tak Pani o niej myśli?

  • comment-avatar
    Magdalena 25 kwietnia 2017 (10:48)

    Na samym początku czytania myślałam że będzie ogólnie w stylu „nie lubię by w restauracjach były dzieci”,ale doczytałam i całe szczęście. W lutym byłam z córką w Spa, dziecko lat 6. W drugi dzień naszego pobytu przybyli „sąsiedzi hotelowi” z dzieckiem lat około 2. Od 6 rano dziecko jeździło po podłodze jeździkiem. Jeździkiem jeździło też w restauracji(!), śniadania i obiady były jak na placu budowy. Obsługa musiała uważać z gorącymi posiłkami bo maluch wjeżdżał pod nogi. A rodzice? Raczyli się posiłkami i rozmową. Któregoś dnia niewytrzymali i kazali wynieść jeździk z restauracji.Jestem mamą małych żywiołów i dlatego kiedy dzieci były małe a zjadły i zaczynały się nudzić wychodzilismy, bo z drugiej strony co to za przyjemność dla dzieci malutkich siedzieć wieczność aż rodzice skończą się delektować daniem, deserem kawą,

    • comment-avatar
      Green Canoe 25 kwietnia 2017 (16:01)

      To ewidentny błąd obsługi. Już w 1ym dniu rodzice powinni zostać poinformowani, że zabawki tego typu nie mogą być używane w restauracji. Irytuję się za każdym razem, gdy obsługa na swoich innych gości zrzuca załatwianie takich „niemiłych” rozmów.

  • comment-avatar
    Agnieszka 24 kwietnia 2017 (18:37)

    Trafione w punkt…
    Kiedy byłam dzieckiem, moja mama była dla mnie całym światem. Kiedy powiedziała mi, że papierków się nie wyrzuca na chodnik, tylko chowa do kieszeni i zabiera do domu, już nigdy w życiu nie wyrzuciłam niczego w miejscach nieprzystosowanych do tego. Tłumaczyła mi wszystko, dlaczego nie biega i nie krzyczy się po kościele, dlaczego nie trzyma się butów na siedzeniach w pociągu, dlaczego w sklepie mam być zawsze blisko niej. Byliśmy już wtedy z bratem uważani, za tzw. grzeczne dzieci. Byłam szczęśliwa i miałam fajne dzieciństwo, pełne zabawy, zwierząt i wspólnych chwil z rodziną.
    Mama dała mi podstawy do budowania swojego obrazu i tego jak postrzegam świat i ludzi.
    Gdybym jeszcze miała zostać matką, byłoby to tzw. późne rodzicielstwo, jednak jestem przekonana, że przekazałbym swojemu dziecku to, czego mnie nauczyła mama – szacunku do innych ludzi, zwierząt i natury. Bo podstawowe pytanie przy wychowywaniu dziecka brzmi: czy takiego człowieka chciałabym spotkać kiedyś na swojej drodze?

  • comment-avatar
    Agnieszka 24 kwietnia 2017 (11:39)

    Zgadzam się z każdym słowem. Bezstresowe wychowanie obserwuję też w pewnym sklepie sportowym na literę D. Wiele razy w popłochu usuwałam się z alejki, po której na hulajnogach lub rowerkach pędziły bez nadzoru słodkie maluchy. Pozdrawiam

  • comment-avatar
    Magda 24 kwietnia 2017 (11:12)

    Z jednej strony się zgadzam – sama mam niemowlaka (10 miesięcy) w domu, a ponieważ nie zawsze jestem pewna czy moje dziecko, które niewiele jeszcze rozumie, nie będzie przeszkadzało komuś w miejscu publicznym, wielokrotnie rezygnowałam z wyjść czy rozrywek. Żyjemy w świecie wspierającym kult jednostki, nastawionym na „ja”. Ale z drugiej strony czy nie za szybko oceniamy innych? To, że ktoś siedzi z butelką w ręku nie oznacza, że jest pod wpływem alkoholu, bo podpiwki, kwasy chlebowe (które uwielbiam) i piwa bezalkoholowe są sprzedawane w podobnych butelkach a ja osobiście uwielbiam pić sok wiśniowy mojej mamy w kieliszka do wina bo mam słabość do eleganckiego szkła. Spotkałam się z sytuacją gdy hałasujące, na pierwszy rzut oko niewychowane dziecko, rozrabiało w restauracji okazało się upośledzone a bieganie po restauracji było „najmniejszym złem” do którego dziecko jest zdolne. Nie mówiąc już o historii przeczytanej kiedyś w jednej książce, która opowiadała o trójce dzieci hałasujących w metrze i niereagującym ojcu. Jak się okazało, po zwróceniu uwagi ojcu, wracali właśnie ze szpitala gdzie umarła ich matka. Takie właśnie historię powstrzymują mnie przed zwracaniem uwagi obcym ludziom – nie mam pojęcia o ich życiu więc jakie mam prawo ich oceniać?

    • comment-avatar
      Green Canoe 24 kwietnia 2017 (11:41)

      Magda – tu nie chodzi o ocenę, ale o to czy godzimy się, by ktoś naruszał nasze poczucie komfortu – zwłaszcza, że tak jak napisałam – mówimy o restauracjach, o hotelach, publicznych miejscach nie dedykowanych dzieciom. Przytoczone przez Ciebie przykłady, to sytuacje rzeczywiście wyjątkowe…większość przypadków jednak tego typu jak hałasujące i biegające w restauracji dziecko – to najzwyklejszy brak kultury jego rodzica. I będę nieugięta w swoich poglądach.

  • comment-avatar
    materpuerorum 24 kwietnia 2017 (10:33)

    Uff, na podobny temat „gotuję się ” od soboty. Byłam z siedmioletnim synem na koncercie dla dzieci; ZNAKOMICI wykonawcy, grający na najwyższym poziomie – nie na pół gwizdka, „bo to tylko dzieci” – zatem włożyli w tę prezentację mnóstwo pracy, skupienia, wysiłku. Bardzo dobrze dobrany repertuar, świetne prowadzenie, itd…..niestety, koncert opanowany przez kilkoro wrzeszczących (sic!), rozhisteryzowanych dzieci. Rodzice zdobyli się, w ramach reagowania, na pozwolenie im na bieganie wokół widowni, co spowodowało tylko pogłębienie chaosu. Inne dzieci swobodnie rozmawiały sobie z kolegami siedzącymi cztery krzesełka dalej…Oczywiście nie muszę mówić, czego można się o sobie dowiedzieć, kiedy próbuje się zasugerować wyjście z sali w celu uspokojenia dziecka… Wkurza mnie to, że coraz częściej doświadczam tego, iż to, że myślę o innych, liczę się z innymi, jest odbierane jako moja słabość – ludzie chętnie skorzystają, następnie mnie stratują.

  • comment-avatar
    Edyta 24 kwietnia 2017 (10:05)

    Asiu , to tak zwane bezstresowe wychowanie, rodzicom tak jest wygodniej a dzieci im na głowę wchodzą. Zwrócisz uwagę to wielka obraza jakim prawem ! Mam bliską koleżankę , której przytrafiło się maleństwo po latach , wpatrzeni w synka jak w obrazek . Już nie porozmawiasz bo wrzeszczy na okrągło bo on najważniejszy musi być w centrum. Jestem załamana wychowaniem tego dziecka no ale najcudowniejsze . Jestem mamą dwóch dorosłych córek nigdy moje dzieci nie tupały w sklepie , nie kładły się na podłogę i krzyczały , jak rozmawiali dorośli dzieci nie wcinały się w rozmowę bo ono wie lepiej . Pamiętam , że u mnie w domu jak przychodzili znajomi rodziców my siedzieliśmy w pokoju do stołu mieliśmy zakaz podchodzenia i wcale nie uważam ,że to było złe a po latach stwierdzam, że właściwe różne temat są poruszane przy stole a czy dziecko musi się przysłuchać.

    • comment-avatar
      Green Canoe 24 kwietnia 2017 (10:40)

      Późni rodzice tkzw. – to chyba w ogóle jest oddzielny temat:) Szczerze mówiąc nie dziwię się, że wariują na punkcje swoich pociech, ale masz rację – potraf to być uciążliwe czasami dla otoczenia:)

  • comment-avatar
    Patrycja 24 kwietnia 2017 (07:57)

    Ale uśmiałam się z ostatniego zdania:) Nie mam jeszcze dzieci więc nie wiem czy mam prawo wypowiadać się na taki temat…Jednak zgadzam się w 100% i powiem Ci, że tym postem pokazałaś mi że mogę zwrócić uwagę następnym razem kiedy pojawi się taka sytuacja. Mi nie raz będąc na mszy przeszkadza płacz, piski, czy bieganie po kościele dzieci, a rodzic zamiast upilnować czy wyjść na zewnątrz wytłumaczyć dziecku że tak się nie robi udaje że nic się nie stało i że tak ma być. Nieraz nie można skupić myśli…i nerwy biorą. Dziecko powinno być nauczone już od małego jak w pewnym miejscach powinno się zachować ale jak piszesz na to potrzeba dużo pracy i wkładu rodziców!

    Przesyłam uściski i pozdrowienia dla mamy fajnego synka:)

    Patrycja.F

    • comment-avatar
      Green Canoe 24 kwietnia 2017 (10:43)

      Patrycja jestem przekonana, że problem tkwi w nas – dorosłych, a nie w dzieciach. Jeśli od najmłodszych lat wychowuje się dzieci bez zasad, nie uczy się ich kultury osobistej, tego co wypada a co nie – to skąd one mają niby to wiedzieć. Pozdrawiam ciepło!

  • comment-avatar
    Aga 23 kwietnia 2017 (20:52)

    Ojojoj… Właśnie pomyślałam o naszym ostatnim wyjściu do restauracji… rodzice i trzy małe dziewczynki. Gdy zobaczyłam lądującą na podłodze miseczkę z sałatką i niezadowolone miny innych gości, pomyślałam „Boże, jak źle jeszcze może być”.
    Nie należymy do rodziców zostawiających dzieci samopas, nie wychowujemy dzieci „bezstresowo”, wręcz przeciwnie, z dziećmi spędzamy dużo czasu, rozmawiamy, bawimy się, staramy się uwrażliwiać na innych ludzi, uczyć empatii i szeroko pojętej kultury osobistej. Zasady mamy jasno ustalone, omówione z maluchami, zaakceptowane. A tu taki klops! Kiedy jesteśmy w nowym miejscu i pojawiają się atrakcje wówczas euforyczna radość jest nie do opanowania. Kończy się przewróconą szklanką, zrzuconą miseczką lub inną przygodą powodującą zamieszanie wokół całego stolika. Powtarzamy, tłumaczymy, staramy się…. ale wciąż jeszcze jesteśmy w okresie oczekiwania na rezultaty naszych działań. Dlatego, jeśli zobaczycie rodziców z trzema dziewczynkami i spadającą sałatkę, to pewnie będziemy my :):):):):) Za wszelkie niedogodności bardzo przepraszamy, ale następnym razem będzie lepiej (przynajmniej troszkę :)

    • comment-avatar
      Green Canoe 23 kwietnia 2017 (23:00)

      Aga – REAGUJECIE:) i to jest najważniejsze. Myślę, że nikt kto kocha dzieciaki, nie ma żalu do samych sytuacji, które się zdarzają – tylko do dorosłych nie reagujących na te sytuacji. Mój Leo kiedyś na stolik wyłożył całe spaghetti:):):) Jednym ruchem talerza:)

  • comment-avatar
    anita 23 kwietnia 2017 (19:15)

    Dziękuje za ten post. Jestem nauczycielką. Mogłabym wiele napisać o trudnych zachowaniach dzieci i ich rodziców. Ale chce napisać o uroczystościach szkolnych. Wymagają wiele przygotowań, prób, wysiłku, stresu itd. W końcu nadchodzi ten ważny dzień. Przychodzą rodzice, dziadkowie i młodsze rodzeństwo. Dzieci na scenie, ale to nie oni są w centrum uwagi. Pod sceną zaczynają się występy małych gości. Naprawdę wielokrotnie cały trud i zaangażowanie ze strony uczniów szło na marne.Dorośli goście nie widzieli i nie słyszeli tego , co przeszkadzało występującym.

  • comment-avatar
    ważki 23 kwietnia 2017 (17:00)

    W pierwszym odruchu po prostu przytaknęłam tekstowi, zgadzając się z nim w 100 % i poszłam dalej, nie mając nic do dodania. A jednak temat tak mnie poruszył, że w końcu coś tutaj napiszę, zamiast cicho czytać.
    Poruszyła pani problem bardzo mi bliski. Sama nie mam jeszcze dzieci, ale zawsze ubolewałam nad poziomem wychowania. Podczas jednego wypadu do restauracji ze znajomymi odkryłam nawet, że mam wręcz etykietkę osoby, która dzieci nie lubi! Odważyłam się wtedy wyrazić zdumienie, że nikt nie powstrzymuje biegających tam i oczywiście krzyczących dzieci. Znajoma spytała mnie wtedy właśnie, czemu nie lubię dzieci. A przecież nic do nich nie miałam :) Biegały, to oczywiste, skoro było im wolno, zachowywały się jak to dzieci. Ale dlaczego było im wolno? Pomijając już fakt, że ich krzyki zwyczajnie mogły innym przeszkadzać, było to przecież niebezpieczne. Niejednokrotnie wpadały na kelnerów noszących gorące potrawy. Gdyby doszło do wypadku, właśnie ich obarczono by winą.
    A jednak, to już niemal norma, bo osoby z dziećmi często są obecnie traktowane jak tzw. święte krowy. Nie wolno im zwrócić uwagi, bo wyjdziesz na nielubiącego dzieci gbura, „debila” jak w Pani historii… Wszystko można skwitować też tym, że dzieci po prostu takie już są, jedne bardziej żywiołowe, inne po prostu spokojne. A to nie prawda, bo jedne i drugie mogą być dobrze lub źle wychowane.
    Jednak tak sobie myślę, że ostatecznie to głębsza sprawa, niż brak metod wychowawczych, czy lenistwo rodziców, ich egoizm. Owszem, to dodatkowy czynnik, podobnie jak moda na (raczej źle rozumiane) bezstresowe wychowanie, którym, jak wytrychem wszystko można wytłumaczyć. To wszystko wydaje mi się być związane z ogólnym zastraszająco niskim poziomem kultury po prostu. Tutaj posiadanie dzieci jest jak papierek lakmusowy, idealnie pokazujący poziom kultury osobistej rodziców. Przecież kulturalny człowiek, nawet w chwili słabości (którym bym się nie dziwiła, bo wychowanie to ciężka praca), nie odpowiedziałby na zwrócenie uwagi właśnie w przypisany przez Panią sposób. Ktoś, kto nie potrafi odnaleźć się w publicznej przestrzeni (restauracja, teatr, cokolwiek), nie nauczy tego swojego dziecka i choć sam ze swoim nieobyciem może się w tłumie ukryć, to po zachowaniu latorośli wszystko będzie widoczne. Niestety, trudno się dziwić, mało gdzie promuje się dziś kulturalne zachowania, ludzie nie mają skąd czerpać wzorców. Kiedyś mniej popularne było uczęszczanie do takich miejsc, dziś jest to rozrywka bardziej dostępna dla mas, ale ogłady nie ma. I tworzy nam się nowa norma, bo niestety, po stronie większości stoi świat, szczególnie kiedy można wybrać łatwiejszą drogę i patrzeć tylko na czubek własnego nosa.
    Mam nadzieję, że długość zostanie mi wybaczona ;) Pozdrawiam i gratuluję syna :)

    • comment-avatar
      Green Canoe 23 kwietnia 2017 (23:03)

      Podpisuję się pod każdym Twoim słowem:)Sama lepiej bym tego nie ujęła – dziękuję.

  • comment-avatar
    Anna 23 kwietnia 2017 (14:37)

    Och Asiu,
    wszystko co napisałaś jest prawdą. Mam wrażenie, że dla niektórych najważniejsze jest wygodnictwo i nie zawracanie sobie głowy drugim człowiekiem. I to nie tylko obcym, ale i własnym dzieckiem. Niech sobie maluch pobiega, pokrzyczy, pogra na telefonie, byleby mieć święty spokój i móc zająć się tylko sobą.
    Nie wiem, kiedy wyrosło społeczeństwo egoistów.
    Bezstresowe wychowanie? Coś takiego w ogóle nie istnieje. Przecież przez całe życie musimy się do czegoś dostosowywać, coś przeżywać, pokonywać trudności dnia codziennego. Ze stresem się żyje i już.
    Dzisiaj wielu ludzi usprawiedliwia brak czasu dla dzieci, dłuższą pracą… A może należałoby z czegoś zrezygnować, zmienić, zwolnić tempo? Wiem, że to nie jest proste, ale jak najbardziej wykonalne. Kiedyś pracowało się 8 godzin, ale potem na zdobyciu ( nie mylić z kupowaniem), traciło się mnóstwo energii.
    Dzieci tak szybko rosną i nim się obejrzymy, pójdą swoją drogą, a cofnąć czasu się nie da. Zmarnujemy jedyną okazję na zabawę i naukę z naszym maluszkiem. Z własnego doświadczenie wiem, że im więcej od siebie damy, tym więcej otrzymamy. I nie ma mowy o jakimkolwiek poświęceniu. Zresztą nienawidzę tego słowa. Ewentualnie można poświęcić się pracy, ale nigdy rodzinie.

    Pozdrawiam Cię Asiu gorąco oraz wszystkie czytelniczki:)
    Anna

  • comment-avatar
    Małgosia 23 kwietnia 2017 (14:30)

    Asiu, podzielam Twoje zdanie!
    Uważam, że niektòrzy rodzice coś źle zrozumieli z tym modnym, nomen omen,bezstresowym wychowywaniem..
    Wczoraj znajoma opowiadała mi o restauracji, gdzie dzieciom jest wstęp wzbroniony.Ilość gości wzrosła dwukrotnie! To o czymś świadczy…
    Pozdrawiam!!
    Malgosia

    • comment-avatar
      Green Canoe 23 kwietnia 2017 (23:06)

      Małgosiu – bywałam w wielu miejscach przeznaczonych TYLKO da dorosłych, od restauracji począwszy a skończywszy na hotelu. Komfort pobytu bardzo duży – zwłaszcza gdy podróżuje się w sprawach zawodowych. Gdybym poruszała się z dzieckiem, pewnie szukałabym innego rodzaju usług. Pozdrowienia serdeczne dla Ciebie!

  • comment-avatar
    sabba 23 kwietnia 2017 (13:14)

    prawde przyznaje ale niejako twierdze, ze jesli szuka sie spokoju, ciszy i odprezenia na placu zabaw, to jednak adres jest zly. nie mowie tu o skrajnosciach ale na placu zabaw, mozna krzyczec, mozna sie glosno smiac, mozna walic patykiem o kamyk.

    • comment-avatar
      Green Canoe 23 kwietnia 2017 (23:07)

      no właśnie nikt tu o placu zabaw nie pisze:)

  • comment-avatar
    Dorota 23 kwietnia 2017 (12:29)

    Na plazy bardziej denerwuja mnie mlodzi z piwkiem i przeklestwami niz dzieci. Albo jak ktos siedzi obok i pali papierosek za papieroskiem. Dzieci mnie w sumie na plazy nie denerwuja jak szaleja. Oby sie nie darly i piaskiem nie sypaly. W zeszlym roku przy basenie usiadla kolo nas rodzina z trojka dzieci. Dzieci jak dzieci, skakaly do wody, piszczaly, cieszyly sie wakacjami. Nie zeby bylo to przyjemne dla ucha, ale dalo sie zniesc. Najgorsza byla jednak mamuska w kapeluszu i okularkach, taka typowa dama. Siedziala 10 metrow od nich, przy moim lezaku i caly czas klaskala, dopingowala, komentowala kazdy ich ruch. Dosadnie mowiac darla ryja, udajac ze sie z nimi bawi. Koszmar totalny!

  • comment-avatar
    Emi 22 kwietnia 2017 (22:49)

    Odważny wpis. Tak, odważny, bo trzeba mieć odwagę, by napisać prawdę o obecnym wychowaniu dzieci. Już od jakiegoś czasu zauważyłam, że coś jest nie tak. Nigdy dzieci mi nie przeszkadzały i nigdy też nie miała wrażenia, że przestrzeń jest anektowane przez nie. Ostatnio coś się zmieniło.
    Twój wpis uświadomił mi dlaczego. To nie dzieci są problemem, ale sposób w jaki się je wychowuje. Bardzo irytują mnie, oprócz wszystkiego co opisałaś, jeszcze matki, które ciągle się wydzierają się na swoje pociechy. Zamiast podejść i wziąć za rękę, czy na spokojnie wytłumaczyć, to krzyczą przez całą przestrzeń sklepu/restauracji/chodnika do dziecięcia, które i tak nic sobie z tych napomnień nie robi.
    Bardzo trafnie wszystko ujęłaś :) pozdrawiam
    Tak mi przyszło jeszcze do głowy, że to nawet nie jest już bezstresowe wychowywanie, ale puszczenie samopas, bo tak jest wygodniej, więcej czasu dla siebie i swojego kieszonkowego przyjaciela smartfona.

  • comment-avatar
    Barbara 22 kwietnia 2017 (21:17)

    Zgadzam się w pełni z Twoimi spostrzeżeniami, Joasiu, a także z wpisami innych. Mam wrażenie,że teraz dzieci się hoduje a nie -wychowuje. Rodzice zapewniają dziecku najlepsze ubrania, gadżety i zabawki, a nie mają czasu,żeby z nim pobyć, porozmawiać, posłuchać co ma do powiedzenia.
    Do tych wszystkich wymienionych miejsc typu restauracja, plaża czy kino dodam wizyty w czyimś domu – gdzie pozwala się dzieciom otwierać szafki czy skakać po łóżkach gospodarzy domu; kościół – gdzie nie jestem w stanie skupić się na nabożeństwie, bo dzieci urządzają sobie wyścigi i wrzaski, a rodzice w zachwycie nad maluchem nie widzą niestosowności takiego zachowania. I nikt nikomu nie może zwrócić grzecznie uwagi, bo następuje obraza na księdza, kościół czy wręcz samego Boga …

  • comment-avatar
    Esia 22 kwietnia 2017 (20:37)

    Droga Asiu -wpis bardzo ważny i potrzebny.Przykro niestety ilu mamy takich w naszym kraju.Uważam ,że to wyłączna wina rodziców ,dzieci same z siebie nie nauczone kultury i zachowań,zachowują się właśnie tak jak opisałaś.Wpadając na nasz stolik czy wręcz na nas ,nie znają słowa -przepraszam.Mają w domu pewno wszystkie dostępne ”zabawiacze” od tabletow po furę zabawek ,oby tylko nie przeszkadzać rodzicom.Nie ma rozmów ,nie ma dyskusji i nauki jak należy zachowywać się wśród innych ludzi i nie być dokuczliwym.Latem Agata Młynarska opisała zachowanie ludzi nad morzem.Wylało się na nią wiadro pomyj i wyzwisk ,tylko dlatego ,że śmiała napisać prawdę i to jeszcze w miarę delikatnie.Napisala o nie pilnowanych maluchach,bardzo głośnej muzyce ,tatusiów i mamusie z butelkami piwa w ręku itp.Strach pomyśleć jak i na kogo te dzieci wychowają kiedyś swoje dzieci.Czy to jest jakiś wymóg przesadny,że skoro ja i moje dzieci nie zakłócamy nikomu spokoju i spodziewam się tego samego? Czasem mi zwyczajnie wstyd ,że to jest nie jakimś pojedynczym incydentem ,tylko wręcz sposobem życia i bycia wielu ludzi.Może po Twoim wpisie choć jakaś część beztroskich rodziców przemyśli ten problem i zechce coś zmienić ,poprawić póki jeszcze czas coś swoje dzieci nauczyć dobrego i potrzebnego przecież.

    • comment-avatar
      Green Canoe 23 kwietnia 2017 (08:43)

      Brak rozmów być może wynika z braku czasu. Duzo pracujemy, rzadko jesteśmy w domu jako rodzicie – no i wszystko toczy się tak szybko, że naprawdę czasami brak sił wieczorami na rozmowy. Nawet ja sama po prostu jestem tak zmęczona czasami że nie daje rady – zastepuje mnie wtedy mąż:) Czyta synkowi, rozmawiają sobie. Ale żeby być obiektywną…myślę, e naprawdę to nie są czasy które pomagają spajać rodzinę.

  • comment-avatar
    Wiola 22 kwietnia 2017 (20:15)

    Zgadzam się ze wszystkim, jak większość osób tu komentujących… Problem w tym, że tak jak ktoś zauważył, wpis dedykowany nie do tej grupy, do której być powinien. Twoi czytelni Asiu, to raczej ludzie kulturalni, podobnie myślący, jak Ty. Wszyscy tu przytakną i zjednoczą sie w bólu… Ci, którzy zachowują sie jak osoby przytoczone w poście pewnie tu nie zaglądają… Wakacje 2 lata temu chodziłam często wnerwiona, bo strofowałam w kółko swoje dzieci, żeby zachowywały się ciszej w restauracji czy na plaży… Syzyfowa praca;) ale nie wyobrażam sobie, bym sobie mogla spokojnie siedzieć i nie zwracać im uwagi, gdy hałasują czy zachowują się niekulturalnie. Najgorsze jest właśnie to, że czasem strach zwrócić komuś grzecznie uwagę, żeby nie zostać zwyzywanym… Czego wymagać od dzieci, skoro dorośli dają im taki przykład… Pozdrawiam :)

    • comment-avatar
      Green Canoe 23 kwietnia 2017 (08:41)

      Wiolu – po 1 dziękuję za taki komplement w imieniu moich czytelników. Ale masz racje, myślę tak samo jak Ty – że są bardzo kulturalni i z dużą klasą. Jednak kwestia wychowywania dzieci, nawet u ludzi kulturalnych zawsze była bardzo różna – to w końcu nasze największe skarby:) Może ten tekst jednak da komuś do myślenia.

  • comment-avatar
    Alicja 22 kwietnia 2017 (18:47)

    Świetny post trafiony 100%. Mam niemiłe a wręcz przykre doświadczenia z tak beztrosko wychowywanymi dziećmi a co gorsze i z rodzicami którzy na moje uwagi reagowali podobnie jak ich dzieci czyli złośliwie .Aż się boję pomyśleć co z tych dzieci wyrośnie.Pozdrawiam.

  • comment-avatar
    Ila 22 kwietnia 2017 (17:53)

    Asiu, masz racje, podpisuje sie dwoma rekami. To samo jest na plazy, mnostwo zrobionych mam i znudzonych, wariujacych dzieci.

    • comment-avatar
      Green Canoe 22 kwietnia 2017 (18:36)

      na plazy nie bywam od wielu lat – właśnie dlatego, że jest tam potwornie głośno zazwyczaj. Ilu – pozdrowienia wielkie!

  • comment-avatar
    Mira 22 kwietnia 2017 (17:42)

    Mila Pani …Wetknela pani kij w mrowisko …dzieci traktuje sie jak cos co mamy w kolejnych etapach zycia ,jak np:dom ,samochod ,meble itd.no bo wypada miec ! a kiedy dzieci juz sa i zaczynaja biegac ,rodzice odkrywaja ,ze na kilka lat trzeba sie wylaczyc ,bo dziecko ,to dziecko i wyrosnie …Moja,mocno dorosla corka ,kiedy mowie ,ze kiedys dzieci wychowywalo sie ,byly grzeczne i posluszne powiedziala ,ze tak ,byly ,bo to byl terror ze strony doroslych ! Moze i byl ..ale dzieci wiedzialy co moga a co nie ,a jak byly nieposluszne to mialy kare …adekwatna do ich wieku ,np:zakaz ogladania telewizji ,czy wyjscie na poworko .Pamietam ,ze nagorsze bylo jak wzywali matke do szkoly …ten wstyd,i strach co powie mama ,a potem jej placz ,ze tak ja zawiodlam…dzisiaj matki ida do szkoly z kakretnym planem zbesztania nauczycielki niewazne czy synus zawinil ,”bo to takie dobre dziecko ” dzieci to wszystko widza i rosna w sile i bezczelnosc !Sytuacja z restauracji w/w typowa nietylko dla restauracji …tak jest w kosciele ,w sklepach ,poczekalniach …a najdziwniejsze ,ze ludzie boja sie zwrocic uwage ,bo zostana zbesztani ….

    • comment-avatar
      Green Canoe 22 kwietnia 2017 (19:21)

      Wiem Miro co się w szkołach dzieje – bo to widzę. Brak szacunku dziecka dla dorosłych wynosi się z domu…jak wiele innych cech. Nie wiem czy wychowanie to terror. Nie zgodziłabym się chyba jednak z takim stwierdzeniem – ale brak wychowania, brak zasad, brak dobrego przykłady jest już chyba gorsze niż „terror” :)

  • comment-avatar
    Matylda 22 kwietnia 2017 (16:56)

    To ja pisalam pod tamtym wpisem o zachowaniu dzieci…

    Coz moge napisac – AMEN, nic dodac, nic ujac.

    Ja tez zawsze reaguje i nieraz zostalam obrzucona wyzwiskami, zawsze w Polsce.
    Tutaj, jesli w miejscu publicznym ktos sie tak zachowuje to zawsze jest to polska rodzina lub „czarna” czy „marokanska” i to jest bardzo bardzo smutne :(

    Uwazam, ze mam prawo zwracac uwage, bo od 13 lat staram sie, zeby moje dziecko potrafilo sie zachowac wszedzie i we wszystkich okolicznosciach. Tyle, ze jego lepiej nie pytac czy smakowalo jakies danie jesli sie nie jest pewnym swojego kunsztu, bo zawsze powie prawde ;)

    • comment-avatar
      Green Canoe 22 kwietnia 2017 (19:39)

      Matylda – no właśnie teraz pracuję z Leonem nad kwestią „jak nie mówić komuś przykrych rzeczy” :) Albo jak nieprzyjemny fakt zobaczyć w innym świetle. Oj ciężka to nauka:)

      • comment-avatar
        Matylda 22 kwietnia 2017 (19:50)

        Ja ucze Michala, ze czasem sa sytuacje, ze musisz powiedziec komus cos przykrego, skrytykowac, ale wtedy oceniaj sam czyn, nie czlowieka, nie obrazaj, mow o konkretach i faktach… Nie mow „jestes glupi” tylko „to, co powiedziales, zrobiles jest glupie” itd.
        U nas temat sie zaczal jak w szkole pojawily sie pierwsze projekty robione w grupach – no i jak powiedziec komus, ze cos zle robi albo nie robi nic itd.

        Ostatniego lata w Polsce kelnerka zabierajac jego talerz po salatce, na ktorego brzegu zostaly kostki sera zapytala czy mu smakowala – byla bardzo smaczna, tylko ten ser to nie byla prawdziwa feta ;)

  • comment-avatar
    Lorka 22 kwietnia 2017 (16:53)

    Niestety notorycznie doświadczamy.. bo jak nie w restauracji, to na plaży, albo właśnie w hotelu..ale i dorośli nie są lepsi.. notoryczna sytuacja z ostatnich wakacji.. my ze spiącym niemowlęciem w wózku.. czekamy na posiłek.. staje obok pańcia i drze gębe nad naszym wózkiem, przez całą salę do męża w stylu „Jureeeeeek, nie ma tego czy siamtego” nie raz miałam ochotę wstać i powiedzieć”obudzisz.. to potem się zajmujesz ,żebym mogła spokojnie zjeść posiłek”:) Ludziom brak ogłady.. i dzieciom i dorosłym, i kobietom i mężczyznom…

    • comment-avatar
      Green Canoe 22 kwietnia 2017 (19:41)

      A może to kwestia, że nasz świat po prostu zaczyna być coraz bardziej egoistyczny? Że właśnie ludzie są sami dla siebie najważniejsi – ktoś obok i jego potrzeby się nie liczą?…

      • comment-avatar
        Izabela 23 kwietnia 2017 (00:36)

        Prawda, nawet w tv ostatnio o tym była mowa, że ten egoizm przychodzi do nas z „zachodu” a do nich z Hameryki. Tam liczy się tylko: JA i moje potrzeby. Jak JA sam będę szczęśliwy, to może wtedy podzielę się tym szczęściem z innymi. Mieszkając poza Polską i jeżdżąc po świecie, zgadzam się z tym stwierdzeniem. Najbardziej jest to dla mnie widoczne tam gdzie nie ma tzw. „kultu rodziny” (UK, USA, Kanada…)

  • comment-avatar
    Ania z Osobiedlamnie 22 kwietnia 2017 (16:39)

    Nie jest łatwo teraz wychowywać dzieci, właśnie z powodu tego wszechobecnego „luzu”, który mamy poczuć my, rodzice. Luz – owszem. Ale zasady muszą być! I to od nich trzeba zacząć, a nie na odwrót. Nasze dzieci mają 8 i 5 lat, są „żywe”, spontaniczne, „najlepsze”:-), ale staramy się uczyć je zachowania, jak sprzed lat, jak za naszych czasów:-) Wiele osób dziwi mi się, nieraz czuję się jak wyrodna matka, kiedy zwracam uwagę, poprawiam, pozwalam na mniej, ale ja mam nadzieję, że efekty w końcu się pojawią. Za milionowym pierwszym razem :-)

    • comment-avatar
      Green Canoe 22 kwietnia 2017 (19:41)

      Aniu – widzę że działamy podobnie:)

  • comment-avatar
    Ewa 22 kwietnia 2017 (15:40)

    Brawo.Nic dodać nic ująć.Pozdrawiam i życzę odwagi w starciu z obsesyjnie zakochanymi mamusiami.Mama dorosłego syna.

  • comment-avatar
    anna 22 kwietnia 2017 (14:51)

    Witaj,to.cala.prawda,nie.wiem,dlaczego.wielu.Rodzicow.nie.zajmuje.sie.wychowaniem.swoich.dzieci,tylko.puszczaja.je.samopas.Obowiazkiem.rodzicow.jest.zajmowaniem.sie.dzieckiem,czy.to.na.ulicy.w.restauracji.itp,pisze.to.tez.jako.nauczycielka.pracuaca.10.lat.w.szkole,przychodza.do.nas.coraz.gorsze.roczniki.nie.wychowanych,rozkapryszonych.dzieci,tylko.wiem,ze.kiedys.to.wszystko.obroci.sie.przeciwko.nim.ale.i.calemu.spoleczenstwu,pozdrawiam

    • comment-avatar
      Green Canoe 22 kwietnia 2017 (19:44)

      Aniu – coś Ci się chyba stało z klawiaturą? po każdym słowie masz kropki. Być może związane jest to z faktem, że jako rodzicie mamy coraz mnie czasu dla dzieci?

  • comment-avatar
    Basia 22 kwietnia 2017 (13:46)

    A co zrobić jak takich cudownych dorosłych i ich cudowne dziecko ma się jako sąsiedztwo w mieszkaniu nad sobą? Uciec ale dokąd?

  • comment-avatar
    Krysia 22 kwietnia 2017 (12:29)

    Pani Joanno! Od dawna podczytuję Pani bloga, kibicując i zachwycając się tym, co i jak Pani pisze.
    Dzisiejszy jednak wpis skłonił mnie, aby przyklasnąć mocno temu, co już od dłuższego czasu po prostu mnie przeraża – sposób podejścia, niestety coraz większej grupy rodziców, do sposobu wychowania swoich dzieci.Taką postawę, jaką prezentuje Pani, trzeba głośno, na cztery świata strony rozpowszechniać, bo absurdy rodem z Mrożka staną się normą.
    Życzliwych i po prostu wychowanych ludzi wokół życzę.

    • comment-avatar
      Green Canoe 22 kwietnia 2017 (19:45)

      Krysiu – biorę te życzenia z uśmiechem na twarzy i dziękuję!

  • comment-avatar
    Joanna 22 kwietnia 2017 (12:18)

    Zgadzam się Z Tobą Asiu w każdym szczególe. Ludzie w coraz większym stopniu żyją nie licząc się z drugim człowiekiem. Zastanawiam się co zrobić, aby z w/w przemyśleniami dotrzeć do tych głośnych ludzi….
    Świat przez ludzi jest taki GŁOŚNY.
    Pozdrawia Giovanna

    .

    • comment-avatar
      Green Canoe 22 kwietnia 2017 (19:46)

      właśnie dlatego od lat nie jeżdżę na żadne plaże w sezonie. Tłum, hałas, mierna muzyka z radia i krzyczące dzieci – wykańczają mnie w 5 sekund.

  • comment-avatar
    Kasia Motyka Kocikowa Dolina 22 kwietnia 2017 (12:01)

    Fantastyczny i trafiony w sedno wpis. Przyszedł taki czas, kiedy rodzice dzieci po prostu ,,mają” i… tyle. Pracując w miejscu publicznym, obserwuję tego typu sytuacje nagminnie. Ileż razy mam ochotę zwyczajnie potrząsnąć bezmyślną, śliczną mamusią… nie wiem jednak, czy cokolwiek by zauważyła podczas głośnej rozmowy przez smartfona… kolejna zmora miejsc, gdzie przebywają inni ludzie :)
    Z pozdrowieniam…

    • comment-avatar
      Green Canoe 22 kwietnia 2017 (12:13)

      Nieunikniona tak naprawdę – telefony/smartfony to nieodłączna część naszego życia…czy tego chcemy czy nie. I coraz częściej uczestniczymy dzięki nim w zyciu innych – czy tego chcemy czy nie:)

  • comment-avatar
    Marysia 22 kwietnia 2017 (11:22)

    Asiu, nie zgadzam się z Tobą, oczywiście moje dzieci są najlepsze na świecie. :)
    A jeśli chodzi o Twój wpis – smutne takie zachowania, problem w tym, że osoby, które powinny wziąć to sobie do serca pewnie nie przyjmą, że to do nich a odzywać się będą ci, którzy też mieli słabe akcje i tak się będziemy nawzajem poklepywać: tak, tak, oni tacy niewychowani itp. a my tacy świetni… Chociaż może się mylę.
    A zresztą: z moją dzieciarnią też różnie bywa, ale pracujemy nad tym.
    Pozdrowienia!

    • comment-avatar
      Green Canoe 22 kwietnia 2017 (12:12)

      może nie przyjmą, a może …może jednak? J na to bardzo liczę, bo ilość „beztrosko i bezstresowo” wychowywanych dzieci w moim otoczeniu w ostatnich latach zakrawa na jakąś epidemię:) Nie sądzę, że jesteśmy wszyscy świetni – myślę za to że chyba każdy rodzić miała na swoim koncie jakąś wpadkę:) – najgorsze jak dla mnie jest niereagowanie. Pozdrowienia najserdeczniejsze!!

Skomentuj

Szanuję Twoją prywatność, Twój adres mailowy nie będzie widoczny.